Wpisy

Lusterko wsteczne

Bardzo lubię wszelkiego rodzaju kompilacje. To z reguły wprost idealne zestawy, gotowe do zabrania w podróż lub zapoznania kogoś niezorientowanego z twórczością danego artysty.

Wiem jednak, że istnieją na tym świecie ludzie gardzący kompilacjami, a nawet tacy, którzy nie poważają albumów studyjnych bo dla nich wartość mają właściwie jedynie koncertówki. A mnie bardzo cieszą “beściaki” i mam ich sporo, często do nich sięgam i pamiętam, że nawet w erze kaset magnetofonowych sama, dla własnych potrzeb tworzyłam zestawy swoich najulubieńszych utworów.

16 listopada w 2004 zespół Pearl Jam wydał swoją słynną kompilację, bardzo trafnie zatytułowaną “rearviewmirror”, a w zeszłym roku na sklepowych półkach rozgościła się czteropłytowa składanka “Chris Cornell”.

Album “rearviewmirror”, co mnie akurat bardzo odpowiada, podzielony jest na dwa osobne rozdziały – Up i Down. Jeden zawiera utwory energetyczne, drugi – te bardziej stonowane. Cieszy umieszczenie w tym zestawieniu “Man of the Hour”, “Yellow Ledbetter”, “Last Kiss” (tak, tak, ja go bardzo lubię), czy “I Got Id”. Cóż tu dużo mówić – to przekrojowy zbiór świetnych kompozycji, który zadowoli zarówno zagorzałych fanów grupy, jak i miłośników dobrej muzyki w ogóle.

Z płytą “Chris Cornell” sprawa ma się nieco inaczej. Istnieje bowiem duże prawdopodobieństwo, że, gdyby nie śmierć Chrisa, album ten w ogóle by się nie ukazał. A tutaj, oprócz oczywistych hitów dostajemy także sporo rarytasów, w tym choćby “Hey Baby (Land of the New Rising Sun)” nagrane pod szyldem M.A.C.C., bondowskie “You Know My Name”, “Lies” wykonane w kolaboracji z włoską grupą Gabin, czy jeden z ostatnich utworów Cornella – filmowe “The Promise”. Ponadto, czwarty ze składających się na kompilację krążków wypełniony jest samymi wykonaniami live. Wśród nich pojawia się również krążący po sieci duet Chrisa z córką Toni śpiewającymi “Redemption Song” Marleya.

Wydanie albumu będącego zbiorem największych dokonań męża Vicky Cornell uzasadniała tak: “Naszą ideą było stworzenie kolekcji, która będzie reprezentowała Chrisa zarówno jako przyjaciela, męża i ojca, jak i jako osobę podejmującą ryzyko, innowatora, poetę i artystę zarazem.”

Oba albumy będące bohaterami dzisiejszego wpisu to, według mnie, solidne i przemyślane zestawy pokazujące wszechstronność i artystyczny rozwój doskonałych muzyków. A więc oba spełniają swoją podstawową rolę i warto posiadać je w swojej płytotece.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *