Wpisy

Słynna sztruksowa kurtka

Czasem nachodzi mnie refleksyjny nastrój i wspominam sobie jak to było żyć i być nastolatkiem w latach 90-tych. Jasne, nie było wtedy Internetu, płyty CD były towarem deficytowym oraz kosztownym, a gdy chciało się mieć jakiś album dla siebie przegrywało się go z oryginalnej kasety na czystą. Była to tania, jednak dość czasochłonna praktyka. Wszystko to, i wiele więcej jest dla mnie nostalgicznym wspomnieniem, czasem nawet zabawnym. Gadżety, które towarzyszyły mi w mojej młodości to z pewnością: naszywki, plecaki typu „kostka”, przypinki z wizerunkami lub logo ulubionych kapel, parka, Martensy, książeczki z tekstami, które można było kupić w lokalnym sklepie muzycznym i plakaty, którymi obwieszało się ściany pokoju. Każdy wtedy kupował “Bravo” lub “Popcorn” właśnie dla tych plakatów, a “Tylko Rock” aby zdobywać wiedzę o muzyce. Każdy też co tydzień meldował się w sklepie muzycznym, aby choć pooglądać płyty i dowiedzieć się co nowego pojawiło się na półce. Bo większość z nas, z nielicznymi wyjątkami słuchała muzyki rockowej, alternatywnej lub przynajmniej ambitnej.

Moje pamiątki

Wtedy łatwo było też „zobaczyć” kto jakiej muzyki słucha i która subkultura jest mu bliska. Niby młodzież ubierała się podobnie ale jednak każdy miał swój styl, nie było sieciówek więc się kombinowało. Ja, na przykład farbowałam sobie własnoręcznie koszulki co nie było szczególnie łatwe. Z tego co pamiętam w dużym garnku trzeba było podgrzewać zmieszany z wodą barwnik a potem gotować w tym roztworze koszulkę (ja jeszcze łapałam ją miejscami recepturkami, żeby stworzyć ciekawe wzory). Potem wystarczyło długo płukać ją w wodzie z octem i voilà – oryginalna i niepowtarzalna koszulka gotowa! W ten sposób farbowałam także nawet spodnie sztruksowe! Oczywiście kupione w second-handzie, na które wtedy mówiło się lumpexy. Co z tego, że niedokładnie wypłukane ciuchy farbowały bieliznę? Przecież były jedyne w swoim rodzaju i można było ewentualnie odcierpieć tych kilka pierwszych prań. A gdy kogoś nie było stać na Martensy, które były marzeniem każdego szanującego się słuchacza grunge’u, kupował tzw. welury –  wiązane buty z cholewką i traperową podeszwą. Do tego flanelowa koszula lub nieco za duży sweter, na szyi i nadgarstkach – obowiązkowo koraliki i rzemyki ze sklepu indyjskiego, na palcach duże pierścionki, a latem – długie, powłóczyste sukienki. Pamiętam, że gdy Eddie Vedder zaczął pojawiać się w swojej słynnej sztruksowej kurtce, stała się ona obiektem pożądania wielu z nas, a gdy jakimś kanałem dotarły do nas zdjęcia Eddiego we wspomnianych wcześniej Martensach – westchnienie zazdrości słyszalne było w wielu domach.

Słynna kurtka Eddiego

 

Chris Cornell w Martensach

Dziwnym trafem, pomimo utrudnionego przepływu informacji, braku Internetu i faktu, że nie każdy miał możliwość oglądania MTV (wtedy ta stacja nadawała właściwie wyłącznie muzykę) docierały do nas nawet takie perełki jak płyty Three Fish, bootlegi Pearl Jam czy albumy Porno For Pyros. Muzykę dosłownie się chłonęło, podobnie jak literaturę. Obciachem było nie czytać, wymienialiśmy się co ciekawszymi pozycjami, a w książkach zaznaczało się warte uwagi fragmenty i wypisywało nieznane słowa (do tej pory pamiętam na przykład co to stetson i kto to interlokutor!). Nie mówiąc już o tym, że podejmowano próby interpretowania tekstów niektórych utworów a na imprezach osiemnastkowych czytało się wiersze. Oprócz pogowania w rytm „Smells Like Teen Spirit” oczywiście.

Miałam też to szczęście, że chodziłam do szkoły, w której przywiązywano wagę do właściwego kształcenia młodych ludzi i trafiłam tam na cudowną nauczycielkę języka angielskiego, która na lekcjach przerabiała z nami m.in. piosenki Red Hot Chili Peppers czy Iggy’ego Popa.  A punktem odniesienia dla fanów muzyki stawała się Lista Trójki. Mnie Lista towarzyszy prawie od urodzenia, a przynajmniej od pierwszego świadomego wspomnienia z nią związanego. Każdy piątkowy wieczór spędzałam z rodzicami przed głośnikami naszej wieży i nagrywałam na kasety kolejne miejsca Listy.

Fajnie jest pamiętać to wszystko, i mieć poczucie, że dorastało się w tak istotnych dla muzyki czasach. Szkoda jednak, że te czasy już nie wrócą, niestety mam coraz bardziej dojmujące wrażenie, że współcześnie wiele rzeczy znajduje się w schyłkowej fazie a młodzi ludzie są coraz mniej ambitni, mniej chętni do samodzielnego myślenia. Może oceniam to zbyt jednowymiarowo, na ten moment nie mam jednak żadnej przeciwwagi dla mojej opinii. Nie twierdzę też oczywiście, że lata 90-te były jakimś mitycznym rajem, ale, według mnie był to w zasadzie czas ostatniego takiego przewrotu w muzyce, który odcisnął piętno na wielu ludziach i dziedzinach życia.

A na koniec taka ciekawostka.

Buty Chrisa Cornella oprawione w ramy

 

 

4 thoughts on “Słynna sztruksowa kurtka”

  1. Też to wszystko pamiętam i od jakiegoś czasu wróciłem do tego. Odkopalem swoje ostatnie Martensy, zakupione w Szczecinie w roku 2001. Nadal dają radę, chociaż szewc w moim mieście nie chce mi już ich naprawiać, ale zawsze daje się jednak przekonać. Płytami, które wtedy zajeżdżałem do ich śmierci, były Nevermind, Superunknown, Vitalogy, STP Purple, AIC Tripod i Dirt. Każde pokolenie ma coś swojego i to jest nasze. Dzięki za dobry tekst. Pozdrawiam

  2. Wspaniała sentymentalna podróż 🙂 Ja w latach 90.tych byłam dzieciakiem, ot, urodziłam się w 1990. Pierwszą muzykę grunge’ową pobierałam w latach 2003-2004 przez internet. Ominęły mnie więc czasy przegrywania kaset i płyt. Ale nie żałuję, bo dzięki programowi wówczas Kazaa (czy jakoś tak) poznałam Nirvanę, Pearl Jam itd. A Ty masz wspaniałe pamiątki swojej młodości 🙂 Na koniec zapraszam do siebie! Prowadzimy blogi w podobnym klimacie. Pozdrawiam serdecznie!

  3. Dziękuję bardzo za miłe słowa. Niestety nie wszystkie moje pamiątki przetrwały próbę czasu ale mam do nich ogromny sentyment. Z pewnością zajrzę na Twój blog. Pozdrawiam!

  4. Michał, masz rację, każde pokolenie będzie kojarzone z innymi symbolami i fajnie, jeśli takowe w ogóle ma. Mam nadzieję, że podobnie jak rock lat 70-tych, grunge nigdy nie zginie w otchłani muzyki, którą trudno nazwać tym mianem. Uważam, że grunge był ostatnim przewrotem w muzyce i być może nie zdarzy się tam już nic podobnego. Ale na szczęście nadal jest wielu ambitnych i ciekawych artystów, no i oczywiście Pearl Jam, AIC a teraz nawet powracają Stone Temple Pilots.Dziękuję za miły komentarz i pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *