Wpisy

Too much love is never enough

Urzekają mnie i imponują znajomości, które ludzie bez skrępowania określają mianem przyjaźni. Ja zawsze z rezerwą podchodzę do nazywania relacji w ten sposób, a jednocześnie wiem, że są na tym świecie duety, które skoczyłyby za sobą wzajemnie w ogień.

Taką znajomością była, według mnie, choćby ta łącząca Chrisa Cornella i Andy’ego Wooda, Chrisa i Eddiego Veddera czy Dave’a Grohla z Taylorem Hawkinsem.
Często przyjaźnie te rozpoczynały się od przypadkowego spotkania, nierzadko związanego z brakiem wystarczających do utrzymania się funduszy. To właśnie deficyt kasy sprawił, że ścieżki Chrisa Cornella i Andy’ego Wooda skrzyżowały się gdy ten pierwszy poszukiwał współlokatora, z którym mógłby dzielić opłaty czynszowe. Finalnie znalazł nie jednego a dwójkę współlokatorów ponieważ polecony przez Stone’a Gossarda Andy, który właśnie zakończył swój odwyk, sprowadził się do Seattle razem ze swoją dziewczyną, Xaną La Fuente.

Xana po latach okazała się być postacią kontrowersyjną w poglądach, i to zarówno na temat czasu spędzonego w deszczowym mieście, wszelkich znajomości jej chłopaka, jak i innych artystów pochodzących z tego kręgu muzycznego. Zasłynęła wypowiedzią na temat Eddiego Veddera, o którym stwierdziła, że gdyby nie śmierć Andy’ego do dziś nalewałby benzynę na stacji benzynowej, domagała się także uznania Wooda jako jednego z twórców debiutanckiego albumu Pearl Jam. Wynikało to pewnie z tego, że Andy zdążył zaśpiewać do skomponowanej przez Gossarda muzyki zatytułowanej „Dollar Short”, która w swej ostatecznej formie stała się później utworem „Alive” – jednym ze sztandarów, którym od ponad 30 lat powiewają członkowie Pearl Jam.

O Cornellu zresztą także zdarzało się Xanie wypowiadać niejednoznacznie. Z jednej strony uważała go za niezwykle utalentowanego muzyka i wróżyła mu wielką karierę, z drugiej twierdziła, że gdy się poznali był już mocno uzależniony od heroiny i alkoholu. Niemniej, uważała też, że to właśnie Chris był bezpośrednio odpowiedzialny za zmianę stylu jakiej dokonał Andy, za to, że porzucił grę na basie na rzecz śpiewania i zrezygnował z makijażu scenicznego po to, aby móc w pełni pokazać prawdziwego siebie. Oraz za to, że odszedł z Malfunkshun i pod szyldem Mother Love Bone związał się artystycznie z Jeffem Amentem i Stone’m Gossardem .

Cornell i Wood z pewnością świetnie się dogadywali, mieli podobną wrażliwość i apetyt na odniesienie sukcesu. Przy czym Andy pisał i komponował wściekle, bez wytchnienia, podczas gdy Chris był stale niezadowolony z efektów swojej pracy więc doszlifowywał każdą drobnostkę. Wyglądając przez panoramiczne okno z widokiem na Space Needle panowie całymi dniami obrabiali w głowach setki pomysłów i szkicowali kontury swoich późniejszych dzieł. Wkrótce, tkwiący ponownie w szponach nałogu Andy wyruszył wraz ze swoim nowym zespołem do Kalifornii aby zarejestrować materiał na jedyną płytę grupy, która miała się ukazać w marcu 1990 roku a Chris świętował z Soundgarden sukces trzeciego albumu zespołu i szykował się do wyruszenia z nim w trasę. Wreszcie sprawy nabrały odpowiedniego tempa, choć nikt chyba nawet w najczarniejszych snach nie mógł przewidzieć tego, jak tragiczny finał czyha tuż za rogiem.
Trafnie ten moment w czasie podsumował brat Wooda – Kevin, który o śmierci Andy’ego powiedział tak: „Może to był symboliczny koniec niewinności bo wtedy nagle każdy chciał być w Seattle, przeprowadzić się do Seattle i być częścią sceny Seattle. To miasto stało się jak morze, w którym pływają krokodyle.” Dodał przy tym także, że: „śmierć Andy’ego była zwiastunem końca tej sceny.” Tu pozwolę się sobie nie zgodzić z Kevinem, ja rok 1990 uznaję bowiem dopiero za początek największej rewolucji. To wówczas wszystko to, co wybuchło już rok i dwa lata później buzowało pod powierzchnią na pełnej mocy.
Gdy Andy umierał był sam, gdy odłączano go od aparatury podtrzymującej życie – żegnali go wszyscy bliscy włącznie z Chrisem Cornellem. To była tylko formalność, ale Xana La Fuente, która podejmowała wtedy wszelkie decyzje postanowiła poczekać aż Chris wróci z Europy i ostatni raz spotka się z przyjacielem.
Cornell ponoć wspominał tę sytuację w ten sposób: „To był jeden z najdziwniejszych momentów mojego życia. Ludzie czekający na mnie aby w końcu można było wyciągnąć wtyczkę.” Z kolei Xana swoją decyzję uzasadniła tak: „Ja po prostu próbowałam podjąć dobrą decyzję, choć wtedy żadna nie wydawała się być dość dobra.”

To wspaniale, gdy uczucia, które w sobie nosi pogrążony w żałobie człowiek może, jeśli tylko się da, w jakiś sposób przekuć w przekaz artystyczny. Płyta tworzona z myślą o bliskiej osobie, czy książka jej dedykowana, koncert, podczas którego ją wspominamy lub wiersz, w którego wersach ukryją się fragmenty czyjegoś istnienia to najpiękniejsze sposoby oddania komuś czci. „Temple of the Dog” na kartach muzycznej historii na zawsze zapisze się jako jeden z najwspanialszych albumów komponowanych pod wpływem smutku po stracie przyjaciela. Nawet jeśli 16 marca 1990 roku Chris Cornell czuł się jakby utracił kawałek siebie to w 10 zawartych na płycie utworach zachował wszystko, co dla tej przyjaźni było najważniejsze.
Kevin Wood także wciąż stara się podsycać pamięć po zmarłym bracie a więc, między innymi dystrybuuje kasety z solowymi kompozycjami Andy’ego i nadal tworzy pod szyldem Malfunkshun.
„Temple of the Dog” pozostaje natomiast do dziś jedną z najważniejszych płyt definiujących całe pokolenie. Choć jej triumf nastąpił dopiero mniej więcej rok po ukazaniu się, kiedy to wytwórnia A&M Records zorientowała się, że ma w swoim katalogu album nagrany wspólnie przez członków wtedy już zyskujących olbrzymią popularność grup Soundgarden i Pearl Jam. Zdecydowano więc o ponownym wydaniu „Temple of the Dog” i promowaniu albumu singlem „Hunger Strike” co skończyło się tym, że jedyna płyta projektu Chrisa i jego kolegów znalazła się w zestawieniu 100 najlepiej sprzedających się płyt 1992 roku a następnie zyskała miano platynowej. Był to w pełni zasłużony sukces i całe szczęście, że, pomimo upływu czasu, słuch o tym albumie nie ginie. Mam nadzieję, że kolejne pokolenia także poznają i zachwycą się tym klasykiem, bo że nim jest – to niezaprzeczalne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.