Wpisy

Once upon a time

Czy wiecie, że z powstaniem albumu „Ten” związek miało aż trzech perkusistów, z których każdy potem związał swe losy z zespołem Pearl Jam?

To być może niepopularny fakt ale Matt Cameron był tym muzykiem, który zagrał na bębnach w wersjach demo utworów, które dziś znamy jako „Alive”, „Once”, „Black” i „Footsteps”. Jack Irons natomiast stał się kurierem, który dostarczył kasetę z demówkami mieszkającemu wtedy w San Diego Eddiemu Vedderowi. A ten, jak wiadomo, po odsłuchaniu surowych nagrań poszedł surfować a w głowie wykrystalizował mu się pomysł stworzenia czegoś w rodzaju tryptyku opowiadającego dramatyczną historię wykorzystywanego chłopca, którego okoliczności życiowe zmieniają w mordercę. Reszta historii nikomu nieznanego wtedy pracującego na stacji benzynowej wokalisty potoczyła się już niemalże jak w scenariuszu hollywoodzkiego filmu. Niesiony przeznaczeniem Eddie przenosi się do Seattle, łączy siły ze Stonem Gossardem, Mike’em McCready’m, Jeffem Amentem i Davem Krusenem, zawiązuje z nimi zespół Mookie Blaylock (nazwa ta jednak obowiązywała krótko) i wchodzi do London Bridge Studio aby nagrać płytę. Praca wre, głównie z uwagi na doskonałe zgranie muzyków oraz na to, że grupa pracuje na wcześniej stworzonych przez siebie wersjach roboczych.

Inspiracje do powstania tekstów przychodzą naturalnie – historia chłopca, który na oczach kolegów z klasy popełnia samobójstwo, opowieść o niespełnionej miłości oraz ludzkich dramatach jak bezdomność czy problemy psychiczne. Do tego przerażająca analiza zabarwionej autobiograficznie patologicznej relacji między synem a matką z tragicznym finałem. Wydaje mi się, że wszystko to plus niepowtarzalne i alternatywne brzmienie muzyki Pearl Jam sprawiło, że słuchacze nie mieli problemu ze znalezieniem w twórczości tych pięciu młodych chłopaków z Seattle odniesień do własnych doświadczeń życiowych. W tej muzyce było zresztą dobrze czuć to, że zespół ma ambicje do wspięcia się ponad przysłowiowe trzy akordy, na których opierał się grunge. Dbano o wykończenie każdej kompozycji, o granie pozbawione schematów i stosowanie ciekawych rozwiązań. Stąd wykorzystanie dwunastostrunowego basu, kotłów, fortepianu ale także solniczki i gaśnicy, które w „Oceans” pełniły rolę perkusji. 

fot. Lence Mercer

Czasy rejestrowania materiału na „Ten” obfitowały w pomysły, podczas sesji nagrano wiele więcej niż tylko to, co finalnie trafiło na debiutancki krążek. Na szczęście wszystkie te rarytasy mogliśmy poznać dzięki stronom B singli oraz wydanej w 2003 roku kompilacji „Lost Dogs”. 

Niestety, z uwagi na problemy z uzależnieniem, wkrótce po zakończeniu pracy nad premierowym albumem zespół opuścił  Dave Krusen więc w koncertach promocyjnych za bębnami usiadł już Dave Abbruzzese, który na dłużej zagrzał miejsce w składzie grupy.           

Jedną z najfajniejszych historii związanych z powstaniem „Ten” jest dla mnie ta dotycząca stworzenia okładki albumu. To, że Jeff Ament własnoręcznie wyciął z kartonu ogromne litery składające się na napis Pearl Jam a zdjęcie „pięciu muszkieterów” wykonał Lance Mercer, który w tamtym czasie często fotografował  pochodzące z Seattle zespoły. Równie ciekawą do przytoczenia jest też anegdota o tym jak stworzony utwór „Oceans”. Uwięziony na deszczu Eddie słysząc dźwięki grających instrumentów dochodzące ze studia nagraniowego, pod którym stał napisał prosty aczkolwiek cudowny w swej wymowie tekst dopełniając wyjątkowość tej kompozycji.

Reedycja “Ten” z 2009 roku zawierająca bonusowe utwory

Chwytliwy i łatwy do zapamiętania tytuł debiutanckiego krążka na pewno odnosił się do numeru na koszulce, z jakim grał Mookie Blaylock, od którego nazwiska zespół zaczerpnął swą pierwotną nazwę, ale ja chcę wierzyć w to, że było to również nawiązanie do faktu, że ni mniej ni więcej tylko właśnie dziesięć rąk przyłożyło się do stworzenia jednego z najważniejszych albumów w historii muzyki, przez wielu krytyków uznawanego także za jeden z bardziej spektakularnych debiutów.

Dlatego za trochę krzywdzące uważam stwierdzenie, że „Ten” zyskał popularność głównie przez to, jakiego zamieszania narobił „Nevermind” Nirvany. Faktycznie, po wydaniu „Nevermind” wszystko stało się komercyjnie łatwiejsze a ludzie łaknęli podobnych tej płycie brzmień, jednak Pearl Jam proponowali zasadniczo odmienny styl, a pomimo tego już w drugiej połowie 1992 roku „Ten” poszybował na listach przebojów i spędził w sumie aż 264 tygodni w zestawieniu Billboard. Do dziś pokrył się natomiast trzynastokrotnie platyną a to tak, jakby płytę tę kupiła aż 1/3 Polaków.

Niewątpliwie do sukcesu debiutanckiego albumu przyczynił się fakt, że Pearl Jam promowali płytę czterema teledyskami. W latach 90-tych strona wizualna przekazu oraz możliwość pojawienia się na antenie MTV miały dla artystów naprawdę duże znaczenie. Dość powiedzieć, że podczas gali MTV Video Music Awards w 1993 roku videcolip do utworu „Jeremy” zdobył aż 4 nagrody, w tym w kategorii Video of the Year. Co ciekawe, nie stanowiło to zachęty dla muzyków aby od tego momentu zacząć stosować te przewidywalne formy promocji, kolejne płyty nie były bowiem w ogóle ilustrowane teledyskami. Przełom w tej kwestii nastąpił dopiero siedem lat później, wraz z wydaniem albumu „Yield”. Nie sądzę jednak, aby taka postawa odbiła się negatywnie czy to na sprzedaży płyt Pearl Jam, czy ich popularności. Ta rosła bez względu na okoliczności.

Owszem, po wydaniu „Ten” zespół nagrał dwa albumy, które ugruntowały jego pozycję ale też nie były odcinaniem kuponów od debiutu, zaproponowały za to nową jakość. Grupa nie schlebiała niczyim oczekiwaniom, szczególnie przy okazji „Vitalogy”, umieszczając na płycie takie nietypowe nagrania jak „Bugs”, “Aye Davanita”, „Pry To” czy przede wszystkim “Hey Foxymophandlemama, That’s Me”. Ale prawdziwy przełom przyszedł wraz z ukazaniem się „No Code”. Rozmyślnie czy nie, płyta zagościła na sklepowych półkach dokładnie pięć lat po „Tenie” a była przecież w stosunku do niego ogromną muzyczną voltą.

No Code

„No Code” wiązał się przynajmniej z kilkoma zmianami, również personalnymi jakie stały się udziałem chłopaków z Pearl Jam. Dave’a A. zastąpił Jack Irons, który dodał zresztą swoje trzy grosze do stworzenia czterech utworów z płyty. Stroną wizualną krążka zajął się tym razem Eddie Vedder (jednak pod pseudonimem Jerome Turner) a sesje nagraniowe albumu wyszły poza Seattle ponieważ odbyły się także w Nowym Orleanie i Chicago. Brzmienie, jakie uzyskano było bardziej „plemienne”, surowe, z większą dawką spokoju a mniejszą buntu. Teksty zahaczały natomiast o sprawy duchowe i skomplikowane relacje międzyludzkie. Swoje miejsce znalazła tu także piękna miłosna ballada („Around the bend”) i budująca mantra w postaci „Present Tense”. Bo czyż nie powinniśmy czerpać garściami inspiracji do życia chociażby z fragmentu tego utworu, w którym Eddie śpiewa: „Tylko ty możesz wybaczyć sobie samemu, dużo sensowniej jest żyć teraźniejszością.”?

Na „No Code” znajduje się także pewna wyjątkowa kompozycja. To „Lukin”, utwór napisany przez Eddiego Veddera w związku z nieprzyjemnymi doświadczeniami dotyczącymi śledzącej go fanki i pomocą, jaką w tamtym czasie uzyskał od muzyka Mudhoney Matta Lukina. Lukin zarzucał Eddiemu pisanie zbyt długich utworów więc „Lukin” liczy zaledwie nieco ponad minutę, jest szybki, punkowy i zawiera wulgaryzmy. Eddie streszcza tu swój kłopot w wykrzykiwanych wściekle słowach oraz odnosi się do towarzyskich spotkań jakie odbywały się w domu Matta, które pomogły mu zrzucić ciężar specyficznego problemu.

Na uwagę zasługuje także będący w pełni autorskim dziełem Jeffa utwór „Smile”. Wydaje mi się, że jest to też jedno z bardziej pożądanych przez fanów wykonań koncertowych i zawsze gdy pojawia się w setliście wzbudza ich entuzjazm.

Wydawać by się mogło, że skoro wraz z pojawieniem się „No code” zespół tak bardzo daleko odszedł od brzmienia uzyskanego ledwie 5 lat wcześniej wielu fanów odwróci się od niego i przestanie kupować jego płyty. Nic bardziej mylnego, choć należy oczywiście pamiętać, że żadna późniejsza płyta Pearl Jam nie sprzedała się lepiej niż debiutancka. „No Code” wylądował jednak na pierwszym miejscu zestawień płytowych w aż 7 krajach, zagościł także na pierwszej pozycji listy Billboard 200 i w Stanach uzyskał status platynowej płyty. Jednocześnie wyznaczył też nowy trend w twórczości Pearl Jam zachęcając członków zespołu do kolejnych eksperymentów.

Na etapie wydania czwartego albumu dalsze istnienie zespołu nie było jednak w 100% pewne, Eddie obawiał się, że płyta może okazać się klapą a wtedy brałby pod uwagę nawet rozwiązanie grupy. Stąd tytuł – „no code” w medycznej terminologii oznacza niepodejmowanie działań ratujących życie. Ale też sama płyta, jej okładka i wkładka pełne były symboliki, właśnie pewnych kodów i ukrytych znaczeń.

Czas pokazał, że zaniepokojenie Eddiego było nieuzasadnione ale Pearl Jam już nigdy nie nagrał drugiego „Tena”. Po prostu poszedł swoją drogą, przecierając kolejne nieodkryte wcześniej szlaki i nie próbując stąpać po własnych śladach.     

Era promocji “No Code”, fot. Brian Rasic

Dziś, obie te wspaniałe płyty – „Ten” i „No Code” obchodzą urodziny. „Ten” właśnie przekroczyła trzydziestkę, dla „No Code” wbijemy natomiast w urodzinowy tort 26 świeczek.

Przy okazji, polecam Wam posłuchanie audycji, która poświęcona była 30 rocznicy wydania “Ten” i miała miejsce rok temu w Radiu 357. Tak się składa, że miałam niezwykłą przyjemność być jednym z jej gości. Znajdziecie ją w zakładce Twoje 357 jako 22 odcinek “Wróżenia z fusów”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.