Wpisy

Let your freak flag fly

Właśnie skończyłam czytać „The storyteller, tales of life and music” Dave’a Grohla i dochodzę do wniosku, że w sumie dobrze się złożyło, że miałam dość długą czytelniczą przerwę i wróciłam do tej pozycji po aż półrocznej przerwie. U mnie to zresztą normalna praktyka i zawsze pamiętam przeczytaną już treść więc zaczynam tam, gdzie skończyłam dobrze orientując się w wątkach. Co więcej, zdarza się, że w jednym czasie rozpoczynam dwie, trzy książki, wybieram tę, na którą w danym momencie mam największą ochotę a do pozostałych wracam, gdy nadejdzie ich kolej.

Dave ze swoimi opowieściami trafił teraz do mnie w idealnym wręcz momencie, chwili, gdy potrzebowałam takiego podbudowania, jakie mi zafundował, takiej dawki optymizmu i dowcipu, który podziałał na mnie niemalże jak sesja terapii relaksacyjnej.  

Uprzedzam jednak lojalnie, że jeśli spodziewacie się, iż „The storyteller” będzie książką, której jednym z głównych bohaterów będzie Kurt Cobain i to wokół niego kręcić się będzie fabuła – możecie się srogo zawieść. Powiem nawet, że historia Nirvany stanowi relatywnie niewielki wycinek tej prawie czterystu-stronnicowej historii. Co zrozumiałe, w końcu przygoda Dave’a z tym zespołem trwała zaledwie kilka lat. Niemniej, autor niezwykle często zahacza o wątki dotyczące Nirvany i pięknie pisze o Kurcie – przyjacielu, muzyku, artyście, unikając zupełnie patosu czy głoszenia własnych teorii dotyczących jego śmierci, a jedynie bolejąc nad tym, że Kurt odszedł na zawsze. Wspaniałe są wspomnienia Dave’a związane z wydaniem przez grupę przełomowego singla w postaci „Smells Like Teen Spirit” i tego co działo się po jego pojawieniu się w formie teledysku na antenie MTV. Niezwykle poruszające, ale jednocześnie bardzo wyważone – wersy dotyczące samobójstwa Kurta i artystycznych rozterek, jakie pojawiły się w sercu Dave’a po tym wydarzeniu.        

Niemniej, „The storyteller” nie jest pozycją, w której autor trzyma się kurczowo chronologii, uspokajam jednak, że czytając ją z powodzeniem „połapiemy się” we wszystkich opisanych momentach. Tym bardziej, że książka ma bardziej fabularną niż biograficzną strukturę a skrzące się na każdej stronie i zachowujące doskonałe proporcje humor i nostalgia po prostu nie pozwalają na odłożenie jej na półkę.

Mnie w „The storyteller” najbardziej chyba poruszyło podejście Grohla do kwestii popularności czy szeroko pojętej sławy. Mam wrażenie, że muzyk w ogóle nie zabiega o bycie traktowanym jak gwiazda, jest w swej niezwykłości na wskroś „zwyczajny”, totalnie ludzki w swojej ponadczasowości. A przecież miejsce w gronie najbardziej przełomowych artystów w historii muzyki ma już dawno zapewnione. Czytamy więc o spędzaniu czasu z dziećmi oraz usilnych (i udanych) staraniach Dave’a o pogodzenie trybu życia koncertującego muzyka z życiem męża i ojca rodziny. Nie trafiamy jednak przy tym na żadne intymne wyznania, każdy wspomniany bohater jest bowiem traktowany z szacunkiem i zachowaniem prawa do prywatności. Za to emocje Dave’a podane są w „The storyteller” wręcz na tacy, lecz nie jest to z jego strony żadna kokieteria, czuć tutaj prawdziwą uczuciowość i szczerość. Jestem pewna, że chciałabym przeczytać o sobie i mojej roli w życiu mego ojca to, co napisał o swoich córkach Grohl. To są te fragmenty, przy których szkliły mi się oczy.

Było ich zresztą więcej, w wielu wersach z łatwością odnajdowałam odniesienie do własnych doświadczeń. Choćby wtedy, gdy Dave opisuje często przypadkowe a przynajmniej nieplanowane spotkania ze swoimi idolami, to z jaką estymą i pokorą się o nich wypowiada, jak dużo w nim wdzięczności za możliwości podejmowania współpracy z wielkimi tego świata, propozycję wystąpienia na ceremonii wręczenia Oskarów czy występów w Białym Domu. Oczywiście wiem, że udziałem niewielu z nas stała się zapewne sposobność zagrania z samym Paulem McCartneyem czy wyjście na scenę zaraz po laureacie nagrody Akademii Filmowej, chodzi raczej o to, że zarówno my – fani, jak i Dave jesteśmy w stanie podobnie opisywać emocje towarzyszące nam w ważnych, przełomowych momentach, w których zdarza się nam myśleć: „Jakim do cholery cudem znalazłam się w tej sytuacji??”. Myślę, że po prostu analogicznie przeżywamy radość, zaskoczenie i dumę z tego, że to właśnie my a nie ktokolwiek inny stajemy się „bohaterami dnia”. Pomimo trwającej wiele lat spektakularnej kariery w takich właśnie sytuacjach Dave Grohl nadal czuje to samo, co my. Czy to nie wspaniałe? Najlepiej zresztą podsumowuje ten stan sam główny zainteresowany pisząc tak: „Nadal idę przez życie na wzór zwiedzającego muzeum małego chłopca otoczonego eksponatami, których historię tak długo studiował. W końcu, gdy staje twarzą w twarz z czymś lub kimś, kto inspirował go od tak dawna czuje po prostu ogromną wdzięczność.”     

Z lewej, treść jednej z pocztówek jakie Dave wysłał do rodziny z trasy

Oprócz szczerości i bezpretensjonalności każda strona „The storyteller” wypełniona jest takim fajnym luzem narracyjnym, pełnym dygresji, dowcipnych historyjek i wtrąceń, świetnych porównań i przebogatych w epitety opisów. Kupowanie w Londynie lalki Barbie, historia z portfelem, wizyta u wróżki, nawiedzony dom, pomysł z kolacją dla członków AC/DC czy mój prywatny faworyt – wycieczka skuterowa w Australii (celowo nie zdradzam szczegółów, to byłoby złośliwe spoilerowanie) są historiami, w których przepadniemy nie mogąc doczekać się ich finezyjnego finału przez cały czas śmiejąc się w głos lub łykając łzy wzruszenia. W każdej z nich przebija także pewien istotny szczegół, a mianowicie przekonanie o tym, że ich bohaterowi przez całe życie towarzyszy wyjątkowa i godna pozazdroszczenia determinacja do podążania za dziecięcym marzeniem. Czytając „The stroyteller” odbywamy z nim podróż wyboistą, aczkolwiek pełną pięknych krajobrazów drogą: od słuchania na winylach płyt ulubionych artystów do poznania ich wszystkich osobiście, od uczestniczenia w punkowych koncertach granych w mikroskopijnych lokalnych klubach do grania własnych koncertów na największych stadionach świata, od mieszkania w zdezelowanym vanie i żywienia się fasolą z puszki do kupna pięknego domu dla swojej wspaniałej rodziny i jedzenia kurczaka popijanego szampanem (tu również nie napiszę nic więcej, sprawdźcie to sami). A to wszystko przy akompaniamencie bardzo konkretnej ścieżki dźwiękowej, bo bez niej, bez muzyki nic w życiu Dave’a nie smakowałoby tak samo (nawet fasola i kurczak). Mam wrażenie, że właśnie miłość do muzyki przekazał on z powodzeniem także swoim dzieciom i że słychać ją w każdym napisanym przez niego takcie, czuć w każdym projekcie jaki zawiązuje i każdej artystycznej aktywności, którą podejmuje.

Odręczne notatki poczynione przez autora stanowiące coś w rodzaju moodboardu

Ojciec Dave’a wywróżył mu kiedyś, że jego kariera muzyka nie będzie trwała wiecznie, na szczęście jego często wspominana na stronnicach „The storyteller” mama Virginia miała zgoła odmienne zdanie na ten temat. I ja mam nadzieję na to, że pomimo kolejnych wstrząsów, jakie ostatnio dotknęły Dave’a artysta otrzepie pył z kolan i odrodzi się niczym Feniks. Mam też nieodparte wrażenie, że Grohl mógłby z powodzeniem stać się ambasadorem wszystkich freaków tego świata, dla mnie z pewnością jest natomiast szefem wszystkich szefów z tymi swoimi niewymuszonymi stwierdzeniami typu: „zdecydowałem, żeby nie stracić tej szansy” lub „nie mogliśmy nawet przewidzieć, że całe pokolenie poczuje to, co czuliśmy my”, a przede wszystkim rozbrajającym: „czułem odwagę mojej córki i dzięki temu znalazłem własną”. Nic dodać, nic ująć.

Dave napisał książkę krzepiącą, dającą masę motywacji, pozytywnej energii, humoru i będącą odzwierciedleniem jego charakteru – hiperaktywną. Dlatego uważam, że warto do niej często wracać, szczególnie, że identyfikację interesującego nas momentu czy ulubionego fragmentu ułatwiają wytłuszczone wersy zawierające coś w rodzaju „złotej myśli” rozdziału. Każda część książki to osobna, ale jakże spójna z resztą historia, z których wszystkie sprowadzają się do wspólnego mianownika – bogatego w doświadczenia życia niezwykle ciekawej osoby.

Jednym z moich największych marzeń koncertowych jest właśnie zobaczenie na żywo Dave’a, najlepiej z Foo Fighters, choć przecież dalsze istnienie tego zespołu stoi pod sporym znakiem zapytania. Najbliższa okazja, aby spotkać się z Dave’em nadarzy się już z początkiem września, gdy w Londynie odbędzie się koncert „Tribute to Taylor Hawkins”. Z pewnością oczy wszystkich fanów zwrócą się wtedy ku Dave’owi, ale mam nadzieję, że w tę stronę zwrócą się także ich serca. Na pewno muzykowi przyda się wtedy wsparcie, nie wątpię bowiem, że będzie to dla niego wyjątkowo trudne i emocjonalne wydarzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.