Wpisy

Get me to the stage, it brings me home again

Myślę, że każdy fan grunge’u zastanawiał się nad tym, co by było gdyby Andy Wood doczekał premiery debiutanckiej płyty swojego zespołu. Być może historia potoczyłaby się zupełnie inaczej i „Nevermind” nie narobiłby takiego zamieszania, a to właśnie „Apple” rozpoczęłoby rewolucję. Bo, że rewolucja i tak by się zdarzyła – to pewne.

Andy – kolorowy ptak, wolny duch, artysta, który nie bał się eksperymentów i to zarówno tych muzycznych, jak i wizerunkowych. Podobno, gdy raz zobaczyło się Wooda na scenie nie dało się tego łatwo wymazać z pamięci. Andy prezentował się absolutnie zjawiskowo – specyficznie ubrany, często w teatralnym makijażu, czerpiący garściami ze stylistyki glam rocka, ewidentnie przekonany o tym, że ma wszelkie predyspozycje do tego, by stać się gwiazdą. Nie był jednak pajacem stworzonym do tego, by dostarczać taniej rozrywki a wizjonerem, który kierował się określonym planem działania. Swój pochód w stronę wielkiej popularności rozpoczął już w 1980 roku wraz z zawiązaniem się jego pierwszego zespołu – Malfunkshun. Wtedy powstało również alter ego Andy’ego, postać o wdzięcznym pseudonimie „L’Andrew the Love Child”. Dwa utwory grupy pojawiły się na słynnej składance „Deep Six” jednak Malfunkshun nie przetrwał próby czasu i, choć zespół nigdy oficjalnie się nie rozwiązał, to jednak zszedł na dalszy plan, gdy Andy rozpoczął jammowanie ze Stonem Gossardem i Jeffem Amentem (wtedy członkami Green River) i finalnie powołał z nimi do życia Mother Love Bone. Determinację Andy’ego związaną z zyskaniem sławy dało się wyczuć nawet w trakcie promocji mającego się ukazać debiutanckiego albumu zespołu. Andy powiedział wtedy: “Jeśli Mother Love Bone nie stanie się najważniejszym zespołem lat 90-tych założę inny zespół, który takim będzie.”

Andy na scenie w pełnym rynsztunku

Chris Cornell, który przez jakiś czas mieszkał z Andym mówił o nim, że ten był prawdziwym tytanem pracy i potrafił spędzić cały dzień wyłącznie na pisaniu piosenek. Był skoncentrowany głównie na tworzeniu muzyki oraz dopracowywaniu swojego wywrotowego image’u, a jako swoich największych idoli wskazywał Eltona Johna i Freddiego Mercury. Co ciekawe, eksperymenty Andy’ego, również te dotyczące identyfikacji z płcią, przysparzały mu właściwie wyłącznie zwolenników i fanów. Artysta fascynował, ale też zjednywał ludzi. Wielu traktowało go jak geniusza, prawdziwe objawienie.

Andy i Chris

Niestety, równolegle do dynamicznie rozwijającej się kariery muzycznej rozwijało się także uzależnienie Andy’ego od narkotyków. Podejmował on, co prawda, próby leczenia odwykowego, krótko przed śmiercią również wrócił z odwyku. Może właśnie dlatego duża dawka heroiny, jaką zażył natychmiast wprowadziła go w stan wegetatywny, a ostatecznie spowodowała jego śmierć. Z pewnością Andy nie chciał dla siebie takiego finału, moim zdaniem, był totalnie nienasycony i spragniony sławy więc oczywistym było, że narkotyki miały mu tylko szerzej otworzyć umysł, ale nie zabić.

Niedawno trafiłam na dość ponurą wypowiedź narzeczonej Andy’ego – Xany La Fuente, która z goryczą stwierdziła, że gdy usłyszała po raz pierwszy album „Ten” poczuła się oszukana ponieważ wiedziała, że przynajmniej 25% zamieszczonego tam materiału to dzieło Andy’ego. To chyba przytyk w stronę Stone’a i Jeffa, ale mocno dostało się też Eddiemu Vedderowi, o którym Xana powiedziała tak: „Vedder pojawił się w ‘Walk Hard’, teraz jest w ‘Twin Peaks’ a więc jest dosłownie wszędzie. I to się kurwa nie kończy! Uważasz, że jak ja się mogę w związku z tym czuć? Nie mówię, że Eddie Vedder nigdy nie napisał dobrej piosenki ale, według mnie, gdyby Andy nie umarł Eddie nadal nalewałby benzynę na stacji w Santa Cruz.”. Myślę, że to bardzo daleko posunięta przesada i olbrzymia niesprawiedliwość wynikająca pewnie z dramatu samej Xany. W 1990 roku kobieta straciła w końcu swoją „bratnią duszę”, choć związek La Fuente i Wooda należał raczej do tych dalekich od ideału. Źródła podają, że para często się kłóciła, dochodziło między nimi nawet do rękoczynów i w układzie tym niewątpliwie stale buzowały silne emocje. Ale wyobrażam sobie, że dla Xany musiało to być bardzo obciążające usłyszeć, że gdyby tamtego feralnego wieczora wróciła do domu 20 minut wcześniej prawdopodobnie uratowałaby narzeczonemu życie.

Andy i Xana

Niektórzy twierdzą, że wraz ze śmiercią Andy’ego całkowicie zmieniła się formuła grunge’u i, że gatunek ten z kojarzącego się głównie z dobrą zabawą zmienił się w taki, który wiązał się jednak również z chęcią zarabiania pieniędzy. Ale chyba nikogo nie dziwi fakt, że ktoś, kto ma coś ciekawego do zaproponowania pragnie zostać doceniony. Tym bardziej, jeśli się rozwija, a jego propozycje stają się coraz bardziej interesujące.

Oczywiście, odejście Andy’ego położyło się cieniem na dalszej historii grunge’u i niezwykle poruszyło wszystkie osoby związane z tym środowiskiem. Zmusiło też artystów z Seattle do przewartościowania pewnych spraw, a kolegów Andy’ego z Mother Love Bone do podjęcia decyzji dotyczących przyszłości zespołu. Ostatecznie grupa się rozpadła i jak wiadomo, wkrótce Jeff i Stone, wspólnie z trzema innymi muzykami założyli Pearl Jam.

Mother Love Bone

Pogrzeb Wooda zgromadził tłumy, ale w opinii większość uczestniczących w nim ludzi był dość nietuzinkowym wydarzeniem. Został zorganizowany w Paramount Theatre, z udziałem pastora i jakiejś grupy religijnej oraz wszystkich bliższych i dalszych znajomych Andy’ego. Tandeta mieszała się tam ze wzruszeniem, a brak zrozumienia artystycznej wizji z uwielbieniem dla spuścizny Wooda. Jedni (w tym ojciec Andy’ego) otwarcie nazywali go ćpunem, inni aniołem, jedni rozpaczali, inni przyszli jedynie z ciekawości, aby móc na własne oczy zobaczyć wszystkich tych wspaniałych muzyków zgromadzonych w jedynym miejscu. Ci najbliżsi Andy’emu pożegnali później przyjaciela na prywatnej stypie zorganizowanej naprędce w salonie Kelly’ego Curtisa. Wspólnie słuchali muzyki Andy’ego, oglądali zdjęcia, rozmawiali i po prostu byli blisko siebie. Cała ta ceremonia, rozpoczęta w Paramount, a zakończona w prywatnym domu prawdopodobnie spodobałaby się Andy’emu, łączyła bowiem pewną teatralność z niezwykłą emocjonalnością. I to właśnie emocje pokazały prawdę nie tylko o wyjątkowej, acz krótkiej roli, jaką odegrał „L’Andrew the Love Child”, ale również o całym środowisku muzycznym Seattle, jego pozytywnej hermetyczności i wspólnotowości. To, że Andy, Kurt, Chris Cornell czy Layne Staley są tam nadal hołubieni i pamiętani jedynie potwierdza tę regułę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.