Wpisy

Dziedzictwo

Album, na który w ostatnim czasie czekali chyba wszyscy fani Chrisa Cornella wreszcie do mnie dotarł. Wy też już pewnie otrzymaliście swoje egzemplarze boxu zatytułowanego po prostu „Chris Cornell”.

Nie ukrywam, że byłam bardzo ciekawa tego wydawnictwa, choć utwory na nim umieszczone są mi doskonale znane i zaskoczeń tu dla mnie raczej nie ma. Podoba mi się jednak idea zgromadzenia tak dużej ilości materiału w jednym miejscu oraz fakt, że obok niewątpliwych hitów artysty pojawiają się tutaj także te mniej ograne kompozycje. Myślę choćby o doskonałym „Lies” nagranym w kolaboracji z Gabin, czy o „One” będącym mashupem „One” U2 (muzyka) i utworu pod tym samym tytułem z repertuaru Metalliki (słowa). Obie kompozycje to majstersztyki i obie dowodzą tego, jak kreatywnym i pomysłowym artystą był Chris Cornell. „One” w przedstawionej przez Cornella wersji miażdży wręcz swoim przekazem. W tej akustycznej aranżacji fragment: „Hold my breath as I wish for death. Oh please, God, wake me.” zapiera dech w piersiach. Wspaniałe są również inne covery. Jest więc choćby moje ukochane „Thank You” z repertuaru Led Zeppelin, „Stargazer” Mother Love Bone, czy „Whole Lotta Love” zagrane z Santaną. “Nothing compares 2 U” nie mogłoby chyba brzmieć bardziej melancholijnie i smutno, a “Redemption Song” zaśpiewane w duecie z Toni Cornell to symboliczne namaszczenie córki przez ojca, który podczas tego występu stoi w cieniu i pozwala błyszczeć swemu zdolnemu dziecku.

W zestawieniu zabrakło mi jednak kilku ważnych utworów. Fajnie byłoby tu znaleźć „Right Turn”, czyli utwór nagrany wraz z Layne’em Staley’em i Markiem Armem pod pseudonimem Alice Mudgarden, czy dwie kompozycje stworzone we współpracy z Alicem Cooperem na potrzeby wydanego przez niego albumu „The Last Temptation”. Innych tego typu rarytasów można by oczywiście wymieniać więcej i każdemu pewnie czegoś tu brakuje. Jednak pomysłodawcy albumu „Chris Cornell” musieli przecież przyjąć jakieś kryterium doboru materiału. I wydaje mi się, że procesowi temu towarzyszyło jednak dość analityczne, aczkolwiek subiektywne podejście. Na poszczególnych płytach – częściach składowych całości, utwory umieszczone są nieprzypadkowo i widać w tym układzie określony zamysł. Podobnie jak kompozycje, również fotografie z kartonowych kopert odnoszą się do kolejnych etapów twórczości Cornella. Oprawa graficzna całego wydawnictwa to dzieło samego Jeffa Amenta, który posłużył się świetnym pomysłem wykorzystania czegoś w rodzaju nakładki, która po założeniu jej na pudełko powoduje, że twarz Chrisa Cornella z fotografii okładkowej wyłania się zza drzew na awersie, a zza budynków na rewersie obwoluty. Podobno linia drzew przedstawiona na wycinance to nawiązanie do krajobrazu Seattle – czyli kolebki Soundgarden, a wizerunki budynków to z kolei aluzja do różnych, istotnych dla Cornella miejsc, w których bywał w trakcie swego życia.

Bardzo lubię gdy do płyty dołącza się książeczkę, lub choćby skromną wkładkę. W tej, będącej dodatkiem do boxu „Chris Cornell” nie znajdziemy, co prawda, żadnych zaskakujących fotografii Cornella, ale będziemy mieć szansę przeczytać emocjonalne wpisy poczynione przez kolegów Chrisa – Matta Camerona, Brendana O’Briena, Mike’a McCready’ego i Kima Thayila . Na szczególną uwagę zasługuje wpis tego ostatniego. To wnikliwa opowieść o historii Soundgarden, z wieloma osobistymi odniesieniami. Każdy z wypowiadających się panów podkreśla, że osobowość Cornella miała ogromny wpływ na ich życie i twórcze wybory, i że ten rodzaj przyjaźni, która połączyła ich z Chrisem nie jest w świecie zjawiskiem pospolitym.

„Chris Cornell” jest pięknym hołdem złożonym nietuzinkowemu artyście. Oprócz niewątpliwej wartości emocjonalnej, wydawnictwo to ma także wartość czysto merytoryczną. Jest doskonałym świadectwem rozwoju artystycznego wspaniałego muzyka, wokalisty i tekściarza. Nikt nie epatuje tu zupełnie zbędnym sentymentalizmem, nie ma kiczowatych rozwiązań, które mogłyby zniszczyć ciekawy pomysł, brak też – co może się wydać zaskakujące – miłosnych wyznań żony Cornella. Zabieg ten jest, moim zdaniem, celowy i właściwy, pomimo tego, że to właśnie Vicky Cornell jest w głównej mierze odpowiedzialna za ukazanie się albumu. Dzięki temu wszystkiemu materiał zachowuje neutralność i jest ewidentnym ukłonem w stronę fanów muzyki Chrisa.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *