Wpisy

Dziesięć to kod dostępu

Pięć lat. Tyle czasu dzieli od wydania dwie, w mojej opinii przełomowe płyty Pearl Jam. 27 sierpnia 1991 roku światło dzienne ujrzał debiutancki “Ten”. Ta sama data tyle, że w roku 1996 stała się również dniem premiery czwartego w dorobku grupy albumu zatytułowanego „No Code”. Według mnie „Ten” rozpoczyna pewną epokę w twórczości Pearl Jam, podczas gdy „No Code” ją kończy. Po wydaniu tej drugiej zespół zmienił nieco swoje brzmienie, stał się bardziej otwarty na muzyczne eksperymenty i wycieczki w inne rejony niż tylko grunge’owe zaułki.

„Ten” i „No Code” różni wiele. Debiut rejestrowany był właściwie na pełnym luzie, bez presji i wygórowanych oczekiwań, a równocześnie z przekonaniem, że oto dokonuje się coś zmieniającego rzeczywistość.  „No Code” natomiast nagrywano już u szczytu popularności Pearl Jam. Okres ten wiązał się z wprowadzeniem przez muzyków kilku zmian. W składzie grupy pojawił się wtedy Jack Irons, a na pierwszy plan w zespole zaczął powoli wysuwać się Eddie Vedder, wyrastając na pełnoetatowego frontmana. Złagodzono nieco brzmienie i skierowano je na inne tory. Jednak to nadal był Pearl Jam i nie było tu mowy o niebezpiecznej i niezrozumiałej dla odbiorcy wolcie. Album ten nie wyrażał, co prawda tak dużo wściekłości i buntu jak debiutancki „Ten”, ale był od niego bardziej refleksyjny.  W warstwie lirycznej poruszał głównie wątki dotyczące relacji międzyludzkich, podczas gdy na „Ten”, oprócz kwestii osobistych dużo było również elementów zaczerpniętych z historii innych ludzi („Why Go”, „Jeremy”, „Once”).

„Ten” uznawany jest za jedno z epokowych dzieł i stanowi kanon współczesnej muzyki rockowej. Razem z „Nevermind” Nirvany, „Dirt” Alice in Chains  i „Badmotorfinger” Soundgarden tworzy zbiór produkcji, które zrewolucjonizowały muzykę lat 90-tych. Nie ma sensu umniejszać wartości tej płyty, jest ona wybitna. Splot niezaplanowanych zdarzeń i przypadkowych spotkań zaowocowały tym, że powstała wspaniała muzyka, a piątka młodych, zdolnych ludzi mających pomysł na wspólne granie do dziś tworzy zespół i nic nie zapowiada tego, aby sytuacja ta miała ulec zmianie.

„No Code” w momencie pojawienia się wzbudził natomiast w niektórych fanach niepokój. Ja bardzo cenię ten album, słuchając go ma się równocześnie wrażenie różnorodności, jak i spójności zawartego na nim materiału. Członkowie zespołu odczuwali dziejące się wtedy zmiany i chyba nie byli do końca pewni tego, czy są one pozytywne. Stąd pomysł, aby graficznie z albumem kojarzono symbol złożony z figur geometrycznych i oznaczający brak zgody na reanimację. Chodziło o to, aby, jeśli okaże się, że Pearl Jam umiera, a nie ewoluuje, nie próbować go wskrzeszać na siłę.

Choć w 1996 roku upływało zaledwie pięć lat od wydania debiutanckiej płyty do nagrania czwartego albumu zaangażowano zdecydowanie już większą ilość środków. Aby stworzyć napis znajdujący się na okładce „Ten” Jeff Ament wyciął z kartonu olbrzymie litery a członkowie zespołu w charakterystycznej pozie ustawili się na ich tle. Obwolutę „No Code” stanowiło natomiast 144 zdjęć wykonanych specjalnym modelem Polaroidu a każdy odbiorca miał możliwość dowolnego interpretowania tej kombinacji fotografii.

Myślę, że o ile „Ten” wiązał się dla muzyków z ich muzycznymi narodzinami jako zespołu, tak „No Code” był dla nich swego rodzaju odrodzeniem pod nową postacią. Rozumiem niepewność zespołu związaną z tym, jak ich nieco odmienione szaty zostaną odebrane przez fanów. Czas pokazał, że miłośnicy muzyki grupy z Seattle akceptują każdy rodzaj eksperymentu w wydaniu ich ukochanej kapeli. W końcu to Pearl Jam, co samo w sobie stanowi gwarancję czegoś wartościowego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *