Wpisy

All in all is all we are

Gdy Kurt Cobain się rodził mnie nie było jeszcze nawet w planach, a gdy umierał nie przeżywałam fascynacji jego muzyką. Ona narodziła się dwa lata później. I choć dobrze pamiętam nagłówki o śmierci artysty, żałobę fanów, to do mnie samej nie trafiało to wtedy aż tak mocno. Nie zmienia to faktu, że Kurt odegrał jednak w moim życiu rolę niebagatelną. To dzięki niemu i przez niego zainteresowałam się grunge’em oraz zaczęłam zagłębiać się w ten gatunek muzyczny. Wszystko, co wtedy mnie zachwyciło zawdzięczam właśnie Kurtowi. Moje zainteresowanie Nirvaną rozwinęło się w zainteresowanie brzmieniem Seattle i zaowocowało chęcią odwiedzenia tego miejsca. Marzenia o Seattle, jak do tej pory nie spełniłam, ale wierzę, że być może kiedyś się to w końcu uda.

Każdy dobrze zna podstawowe fakty z życia frontmana Nirvany – urodzony w Aberdeen, małym miasteczku niedaleko Seattle, pochodzący z rozbitej rodziny chłopak zmieniający jak rękawiczki miejsca zamieszkania, nieprzystający do żadnych reguł i nieprzestrzegający konwenansów. Swego czasu każda gazeta cytowała jak z nut informacje o muzyku, prześcigała się w czynieniu jego psychoanalizy, rozbieraniu jego umysłu na czynniki pierwsze. Jestem właśnie w trakcie czytania „Pod ciężarem nieba” i książka ta nieco inaczej prezentuje artystę, którym niewątpliwie był Kurt. Jeszcze bardziej drobiazgowo, ale bez wynoszenia go na ołtarze. Nie mam na razie zdania na temat tej publikacji, czyta się ją opornie, bo choć ciekawa, to jednak naszpikowana najbardziej pomniejszymi faktami, fabularyzowana i niestroniąca od przemycania gdzieś między wierszami subiektywnych opinii autora.Trzeba zatem mieć czas na przetrawienie tego, co się przeczytało, ustosunkowanie się, obiektywne spojrzenie.

Jedno z moich ulubionych zdjęć Kurta

Dlaczego to, co czytam o Kurcie jest dla mnie ważne? Dlatego, że Kurt był moją pierwszą muzyczną miłością. Niezwykle interesującą, inspirującą postacią, choć uważam, że zwracał uwagę innych również ze względu na swoje pokręcone przeżycia, które w specyficzny sposób odreagowywał. Dla nastolatki, jaką byłam w latach 90-tych stanowił punkt odniesienia, był synonimem rebelii a każdy nastolatek potrzebuje właśnie takich bodźców. Nie wiem, wobec czego buntują się współczesne nastolatki i czy w ogóle odczuwają potrzebę bycia w kontrze, w mojej młodości jednak najważniejszym było kontestowanie rzeczywistości. A to można było robić między innymi słuchając muzyki i analizując teksty ulubionych utworów. Kurt w temacie kreowania kompozycji oddziałujących na psychikę młodego człowieka był mistrzem. Szkoda, że nie miał pełnej świadomości tego, jak był postrzegany przez wiele osób i jakie znaczenie dla nich miała jego twórczość.

Jestem niezwykle ciekawa co robiłby teraz Kurt, gdyby żył. I jest mi przykro, że nigdy się o tym nie przekonam. W muzyce dokonał on bowiem przewrotu, stworzył nową jakość, którą próbuje się podrabiać również w dzisiejszych czasach. I choć od śmierci muzyka minęły już 24 lata, to jego gwiazda nadal świeci silnym blaskiem. Gdyby żył, kończyłby dziś 51 lat. Czy byłby statecznym mężem i ojcem? Rockowym bardem? Rebeliantem? A może nikt nie słyszałby już więcej o jego muzyce? W to ostatnie nie wierzę. Kurt, oprócz pierwiastka szaleństwa, który niewątpliwie dopełniał jego osobowość, posiadał również niezaprzeczalny talent do pisania chwytliwych melodii. Nawet w gitarowym zgiełku niektórych z nich, zawsze jestem w stanie doszukać się nuty, która nie chce opuścić mojej głowy przez długi czas.

Zostawiam Was z utworem, który nie jest co prawda kompozycją autorstwa Kurta, ale uwielbiam ją podobnie jak cały koncert Unplugged. Wspaniały wokal Kurta wybija się tu na pierwszy plan.

 

 

 

 

 

1 thought on “All in all is all we are”

  1. U mnie też zaczęło się wszystko od Kurta, cała rewolucja muzyczna i nie tylko muzyczna, był 2004 rok, dziesięć lat po jego śmierci, kwiecień. Na MTV leciały utwory Nirvany i po prostu przepadłam. “Pod ciężarem nieba” mam, czytałam i bardzo lubię, ale są lepsze książki o Kurcie i Nirvanie, jak chociażby “Bądź jaki bądź” czy “Nirvana bez tajemnic”. W Seattle dane mi było być w 2011 roku, z okazji Work&Travel. Niepowtarzalne przeżycie. W marcu planuję post wspomnieniowy o tej wizycie, także zapraszam wkrótce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *