Wpisy

„It’s a beautiful day for a ballgame. Let’s play two”

Wczorajszy wieczór był jednym z bardziej wzruszających w moim życiu. Choć widziałam Pearl Jam na żywo dwukrotnie to „Let’s Play Two” dosłownie wyrwało mnie z fotela kinowego! Idąc na film nie do końca wiedziałam czego się spodziewać, wiedziałam jednak, że będzie to nietypowy rodzaj koncertu jednego z najważniejszych dla mnie zespołów. Tak też było, ale cokolwiek by nie napisać, to wszystko będzie mało.

O baseballu wiem niewiele, zasady gry i zależności klubowe zupełnie nie leżą w sferze moich zainteresowań, ale film – choć konsekwentnie prowadzi nas do wielkiego sportowego finału  – to jednak nie koncentruje się tylko na sporcie. Sport jest tu pięknym punktem wyjścia dla reszty fabuły. Miłość do drużyny, która nie odnosiła na przestrzeni ostatnich dekad spektakularnych sukcesów, oddanie fanów, w tym, tego dla mnie najbardziej interesującego – Eddiego Veddera, wiara w zwycięstwo oraz pomysł i determinacja managera drużyny – to części składowe wątku sportowego. Drugi wątek, ten bardziej emocjonalny dla mnie to oczywiście muzyka. Muzyka, która niesie widza od pierwszych taktów „Low Light”, której intensywność i piękno są oszałamiające, która wreszcie ściska za gardło i wyciska z oczu łzy. Nie sposób bowiem bez emocji przeżyć to, jak tłum na pełnej mocy gardeł śpiewa „Jeremy”, „Black” czy „Release”. Zespół brzmi świetnie, wręcz bezbłędnie, nie traci nic ze swojej młodzieńczej świeżości. Nie da się też nie zauważyć, że muzycy Pearl Jam nie są już tylko kolegami z jednego zespołu – to rodzina. Z wielką atencją i szacunkiem traktują także swoich fanów, pozostając przy tym tzw.”normalnymi” ludźmi. Ta normalność widoczna jest zresztą na każdym kroku – od sposobu ubierania się po sposób wypowiadania swoich myśli.

W filmie nie brakuje retrospektyw, kilku scen ze starych nagrań m.in. z lat 90-tych. Są świetnie wplecione w opowieści, tak o sporcie, jak i o muzyce.

W koncercie na Wrigley Field uczestniczyło ponoć 41 tysięcy ludzi. Dla wszystkich było to zapewne spełnienie marzeń, niektórzy odliczali wtedy już kolejny, często trzydziesty czy czterdziesty koncert zespołu, twierdząc to samo – każdy jest niezwykły i niesie z sobą coś szczególnego, co pamięta się na całe życie. Ja, choć siedziałam w kinie, niestety nie na stadionie, wiem, że ten występ był dla mnie faktycznie absolutnie niezwykłym przeżyciem a to szczególne wrażenie, które pozostaje to z pewnością przekonanie o tym, że miłość i muzyka idą w parze i mają moc scalania każdej społeczności – fanów, kibiców, bliskich. Jeśli nie udało Wam się obejrzeć filmu wczoraj, polecam kupić go na DVD, bo zdecydowanie warto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *