Wpisy

“I wish I was a radio song, the one that you turned up”

W 1998 roku Pearl Jam miał już ugruntowaną pozycję na rynku muzycznym i cztery płyty długogrające na koncie. Wydany 3 lutego „Yield” był – z jednej strony swego rodzaju voltą stylistyczną, by z drugiej pozostać w zgodzie z ideą prawdziwie rockowego grania. Niektórzy twierdzą, że „Yield” jest płytą bardziej przystępną, a nawet komercyjną w stosunku do poprzedniczek. Zespół chciał w tamtym czasie zrezygnować ze współpracy z dotychczasowym producentem Brendanem O’Brienem, aby nieco odświeżyć brzmienie, jednak O’Brien postawił na swoim i kilku po burzliwych wymianach zdań stawił się w studio razem z Pearl Jam by stworzyć z nimi wyjątkowy album.

Eddie, Mike, Stone, Jeff i Jack zdecydowali, że tym razem dają sobie na komponowanie, nagrywanie, miksowanie materiału tyle czasu, ile potrzeba, bez presji naglących terminów. O procesie tworzenia albumu artyści opowiedzieli w filmie dokumentalnym „Single Video Theory”, wydanym w tym samym roku, w listopadzie.

Dla mnie album „Yield” jest jednym z ulubionych  i uważam, że jest to bodaj najbardziej specyficzny i charakterystyczny album Pearl Jam. Niedawno, po długiej przerwie wróciłam do niego i na nowo się nim zachwyciłam słuchając go z takim skupieniem, jakbym słyszała te utwory po raz pierwszy. Nie potrafię tego do końca wytłumaczyć bo zachwyt przeżywam zawsze słuchając Pearl Jam, ale z tą płytą jest jednak nieco inaczej. Nawet sami jej twórcy także w specyficzny sposób postrzegają tak znajdujący się na niej materiał,jak i czas poświęcony jego tworzeniu. Muzycy wspominają, że nagrywanie albumu „Yield” było dla nich bardzo zespołowym i twórczym doświadczeniem, każdy z nich w równym stopniu miał wpływ na ostateczne brzmienie tej płyty. A komponowanie odbywało się czasem w sposób nietypowy. Kierowany natchnieniem Stone Gossard nagrał na przykład riff „In Hiding” na dyktafon, a „Faithful” został przez niego i Mike’a McCready’ego zgrany w całość przez telefon. To chyba najlepiej świadczy o klimacie, jaki towarzyszył komponowaniu muzyki – ciągłego podskórnego pulsowania weny i mnóstwa dobrych pomysłów. Dość powiedzieć, że tym razem nie tylko Eddie Vedder miał swój wkład w pisanie tekstów na płytę. Zrobili to również Stone Gossard (“No Way”, “All Those Yesterdays”) oraz Jeff Ament (“Pilate”, “Low Light”). Jeff stwierdził nawet, że obserwowanie Eda, który interpretuje napisane przez niego teksty i wkłada całe serce w ich wyśpiewanie było doświadczeniem nie do przecenienia.

Ponadto, niektóre piosenki zostały zainspirowane dziełami literackimi, m.in. powieścią „Ishmael” Daniela Quinna. Powieść Quinna stanowiła zresztą główną inspirację, gdy szło o nadawanie albumowi tytułu. Słowo „yield” w języku angielskim ma kilka znaczeń, ale tu użyte jest ono w odniesieniu do ustępowania pierwszeństwa. Muzycy doszli do wniosku, że taki właśnie sens tkwi w wymyślonym dla płyty tytule. W powieści „Ishmael” autor również mówi o ustępowaniu – człowieka wobec natury, gdyż to ona, w poczuciu autora jest dla niego najistotniejsza aby mógł się rozwijać. Zespół potraktował tę myśl nieco szerzej. Dlatego też okładka albumu przedstawia pustkowie z przydrożnym znakiem „ustąp pierwszeństwa” na pierwszym planie. To przewrotność, na takim odludziu nie ma bowiem komu i czemu ustępować miejsca.

Okładka “Yield”

Według mnie to „ustępowanie” czy też uwalnianie swojego ducha słuchać w wielu miejscach na płycie, choćby w sztandarowych „Given to Fly”, czy „All Those Yesterdays”, a moim zdaniem również w „Wishlist’. Przecież utwór ten to nic innego jak zbiór dobrych życzeń dotyczących tego kim i czym chcielibyśmy się stać, aby móc uszczęśliwić siebie i innych. Pierwotnie utwór ten trwał ok. 8 minut i był zdecydowaniem dłuższą “wishlistą”, ostatecznie Eddie zdecydował się ją skrócić i zostawić tylko same najlepsze życzenia.

Okładka singla “Given to Fly”

„Yield” wiązał się jednak nie tylko z w stu procentach pozytywnymi wydarzeniami. Na początku trasy promującej album Jack Irons – ówczesny perkusista zespołu ze względu na postępującą u niego chorobę (cierpi na cyklofrenię) został zastąpiony przez Matta Camerona, który towarzyszy Pearl Jam do dziś. Muzycy wspominają jednak, że choć Jack miał poważne problemy ze zdrowiem, to właśnie on w największym stopniu nakłaniał wszystkich innych do wspólnego omawiania poszczególnych pomysłów, dyskutowania i spokojnej pracy bez koncentrowania się na presji czasu. I to słychać na płycie, kojarzy mi się ona właśnie z niczym nieskrępowaną wolnością, oddychaniem pełną piersią, uwolnieniem się spod wpływu negatywnych spraw i osób. Płyta „Yield” kończy dziś 20 lat ale dla mnie dojrzała była już w momencie wydania.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *