Wpisy

Still have the time to sing my song

Choć od wtorkowego koncertu Jerry’ego Cantrella w warszawskiej Proximie mija już drugi dzień mnie nadal nie opuszczają związane z nim emocje. Było to jedno z najlepszych muzycznych doświadczeń mojego życia, wypadki toczyły się wtedy wprost idealnie, jakby jakaś czarodziejska wróżka postanowiła spełnić wszystkie moje życzenia.

Była więc absolutna bliskość sceny, wspaniałe wrażenia oraz pokoncertowe spotkanie z Jerry’m, który okazał się być bardzo przyjazny dla fanów, chętny do rozdawania autografów i zamienienia z nimi choćby kilku słów. Pogardził co prawda moim markerem twierdząc, że ma lepszy ale za to dostałam kostkę sygnowaną grafiką nawiązującą do oprawy graficznej najnowszego krążka i autograf na kultowej dla mnie kasetowej (!) wkładce do „Boggy Depot”.

Co do koncertu natomiast to po raz kolejny przekonałam się o tym, że nic nie przebije klimatem występów klubowych, które mają w sobie pewną intymność i, że tak to nazwę – plemienność. Publiczność staje się jednym falującym, zdzierającym gardła i spoconym do granic możliwości organizmem. A artysta ma szansę nawiązywać kontakt wzrokowy, być bliżej ludzi i obserwować ich reakcje, co, jak mi się wydaje, może go napędzać i inspirować. W przypadku Jerry’ego i jego partnera zbrodni – Grega Puciato z pewnością tak było. Panowie byli szczerze zachwyceni tym, co zastali w Warszawie, pełni podziwu dla naszego oddania i miłości do muzyki Jerry’ego. Tłum właściwie nieustannie śpiewał, żywiołowo reagował na krótkie wypowiedzi i żarty rzucane przez Cantrella i kilkukrotnie skandował jego imię. Jerry odwdzięczył się za to hojnością w wyrzucaniu w powietrze kostek a przede wszystkim absolutnie wybitnym występem. Choć Cantrell z zespołem grali w Proximie dla niespełna 700 osób koncert nie był po prostu odhaczeniem przez nich kolejnego punktu na trasie. Był soczystym kawałkiem muzycznego mięsiwa, dopracowanym ale też zaskakującym. Stolica naszego kraju dostąpiła bowiem zaszczytu usłyszenia po raz pierwszy na tej trasie utworu „Lesson Learned” pochodzącego z krążka Alice in Chains zatytułowanego „Black Gives Way to Blue”.   

Zaczęli dość łagodnie – od premierowego singla z „Brighten”, czyli kompozycji „Atone”, ale zaraz potem nastąpiła prawdziwa eksplozja i Proximą zatrzęsło „Them Bones”. To był istny fanowski szturm i trzeba było mocno trzymać się podłoża, aby nie zaliczyć upadku. Jerry nie zwalniał tempa zaraz po „Them Bones” fundując nam „Psychotic Break” (moje spełnione marzenie), „We Die Young” i „Sea of Sorrow”, by następnie przejść do zaprezentowania kilku reprezentantów solowych krążków. Było więc „Cut You In” (kolejne marzenie), „My song” i „Siren song”, a także 4 inne pochodzące z solówek utwory.

Niewątpliwie ogromne emocje i wielki aplauz wzbudzały wszystkie utwory pochodzące z repertuaru Alice in Chains. Trudno zresztą o spokój i opanowanie gdy słyszy się pierwsze dźwięki „Would?”, „Man in the Box”, czy zagranego na bis „Rooster”. Tych wrażeń po prostu nie sposób opisać słowami.

Odwołania do Alice in Chains były, rzecz jasna, nieuniknione i cudowne jednak pewien smutek wywoła we mnie reakcja jednego z fanów, który w przerwie między utworami krzyknął: „Angry Chair”!. Solowe dokonania Jerry’ego zdecydowanie dorównują poziomem temu, co osiągnął z Alice in Chains i pokazują jego nieograniczony potencjał więc fajnie byłoby równie mocno domagać się grania materiału pochodzącego z trzech płyt wydanych pod szyldem „Jerry Cantrell”.  

To bezdyskusyjne – Jerry jest mistrzem, legendą, „bogiem riffów”, jak w 2006 roku podczas gali Metal Hammer Golden Gods Award określił go magazyn „Metal Hammer”. Ale Greg Puciato – na co dzień wokalista The Dillinger Escape Plan nie przyniósł projektowi Jerry’ego wstydu. Nie dość, że wokalnie radził sobie znakomicie to jeszcze okazał się być prawdziwym zwierzęciem scenicznym, zawisał nad głowami widzów a w końcu rzucił się ze sceny w tłum i został poniesiony przez niego na rękach. Jak się okazuje, nie są to niespotykane dla Grega zachowania, podczas występów ze swoją macierzystą kapelą potrafił zrobić dużo bardziej spektakularne rzeczy co może zaskakiwać ponieważ przez większość wtorkowego występu Puciato wydawał się być nieco onieśmielony sytuacją. Za to Cantrell wytwarzał wokół siebie aurę wymagającego szefa, perfekcjonisty, który chce mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. Sądzę więc, że mógł się nieco zirytować tym, że do „Heaven Beside You” przygotowano mu nienastrojoną gitarę. No właśnie, gitary. O nich także trzeba wspomnieć. Tych na szyi Cantrella można było zobaczyć kilka, w tym tę najsłynniejszą – zółtego G&L Rampage z naklejką z wizerunkiem pin-up girl, który wzbudził aplauz fanów już podczas przedkoncertowych testów. Wtajemniczeni wyciągali telefony i pstrykali pamiątkowe fotki. Podobnie było zresztą z fotografowaniem customizowanych pedałów gitarowych i kaczki. Dla osób, które pamiętają czasy powstawania płyt Alice in Chains i znają historie związane z użyciem przez Jerry’ego różnych efektów wszystko to stanowiło niemalże relikwie.

Wiem, że wielokrotnie powracać będę do zdjęć i nagrań z tego niezapomnianego wieczoru. To było fantastyczne przeżycie dające energetycznego kopa i może nieco wyświechtane przekonanie o tym, że na świecie istnieją jednak również piękne i niczym nieskrępowane momenty, których ulotność stanowi o ich wyjątkowości. Bez zastanowienia, już dziś kupiłabym bilet na kolejny solowy koncert Jerry’ego tym bardziej, że w Europie do tej pory artysta nigdy nie grał regularnej trasy. Mam nadzieję, że gorące przyjęcie będące przejawem typowej polskiej gościnności jedynie zachęci Jerry’ego do uwzględnienia naszego kraju w kolejnej rozpisce koncertowej.

A Wy jak zapamiętacie wtorkowy występ? Co najbardziej Was w nim zachwyciło?

1 thought on “Still have the time to sing my song”

  1. Jedno z największych muzycznych przeżyć dla mnie. Jeśli nie największe… Zgadzam się z każdym słowem. Dzięki za ten wpis 👍

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.