Wpisy

Swinging through the darkness

No i doczekaliśmy czasów, gdy czytając o nowych wydawnictwach muzycznych w sposób nieunikniony trafiamy również na jakieś nawiązania do pandemii. Okazuje się, że dla wielu muzyków czas lockdownu i ogólnego zwolnienia tempa był okresem obfitującym w pomysły.

Jedną z płyt będących poniekąd następstwem zmian covidowych jest wydana 29 października tego roku trzecia solówka Jerry’ego Cantrella zatytułowana „Brighten”. Muzyk miał w zamiarze wydać ją już we wrześniu 2020 roku, ale covid mu to skutecznie uniemożliwił. Cantrell postanowił jednak opóźnienie potraktować jak coś pozytywnego, powiedział nawet, że nagrywanie „Brughten” w tym specyficznym momencie było dla niego dobrym punktem odniesienia w niepewnych czasach pandemii. Prace nad „Brighten” rozpoczęły się więc w marcu 2020 roku a rok później Jerry poinformował w mediach społecznościowych o ukończeniu prac nad płytą. Skorzystano z nietypowej formy jej promocji, czy też „kuszenia” fanów premierowym materiałem. Za pośrednictwem Instagrama regularnie publikowane były krótkie filmiki, w których wystąpiły różne ważne dla Jerry’ego osoby wypowiadające fragmenty tekstów znajdujących się na albumie utworów. Mówiącymi byli, na przykład, Dave Navarro, Sean Kinney czy sam ojciec Jerry’ego. W grupie tej znalazła się także polska tatuatorka Ania Kurczewska, która w swoim nagraniu cytuje utwór tytułowy. Czad, prawda?

fot. Jonathan Weiner

Do pracy nad albumem zaproszono natomiast, między innymi, Grega Puciato z zespołu The Dillinger  mEscape Plan, basistę Gunsów Duffa McKagana i perkusistę Gila Sharone’a a producentem krążka, obok Cantrella, został Tyler Bates, mogący pochwalić się choćby wcześniejszą współpracą z Marylinem Mansonem. Na płycie wystąpiło, de facto, dwóch różnych perkusistów ponieważ oprócz wspomnianego Sharone’a w niektórych utworach usłyszymy Abe’a Laboriela. Podobno lepiej „czuł” klimat tych kompozycji i bardziej nadawał się do ich zagrania.  Co ciekawe, z uwagi na restrykcje, Abe swoje partie nagrywał ze studia położonego na drugim końcu Stanów Zjednoczonych.

Skoro mamy do czynienia z płytą powstałą w wyjątkowych okolicznościach ja również postanowiłam zachować się niezwyczajnie i tym razem spisać swoje refleksje „na żywca”, czyli bez wałkowania albumu a zaledwie po dwukrotnym jego przesłuchaniu. Jedynymi dobrze mi znanymi utworami pochodzącymi z tego krótkiego zestawu były oczywiście „Atone” i tytułowe „Brighten”. Reszta była dla mnie zagadką. Uznałam jednak, że spiszę moje refleksje na świeżości, co oczywiście mogło generować tyleż samo zalet, co wad. Ale wyszłam ze swojej strefy komfortu i, w tym wypadku, nie było to bolesnym doświadczeniem. 

Okładka albumu “Brighten”

Podczas słuchania, szybko okazało się dla mnie, że środek ciężkości materiału zawartego na nowej płycie Jerry’ego znajduje się gdzieś na styku country z delikatną alternatywą. Spośród solowych produkcji Cantrella „Brighten” to, moim zdaniem, album, którego korzenie najmocniej sięgają właśnie do country. Takie „Prism of Doubt” czy „Black Hearts and Evil Done” są tylko potwierdzeniem mojej teorii. Choć otwierający album „Atone” rozpoczyna płytę ostro i w silnym nawiązaniu do twórczości Alice in Chains to jednak im dalej w las tym robi się łagodniej, a zastosowane instrumentarium uzupełniają również klawisze i smyki.

Na niezwykle wyrazisty punkt albumu wyrasta wybrany przez Jerry’ego na trzeci singiel „Siren Song”. To piękny, ale i smutny utwór o miłości. Jest niezwykle wymowny, a fragment „In my dark you are the light” przyprawia wręcz o gęsią skórkę.

Na płycie są też momenty, które kojarzą mi się z twórczością… Sheryl Crow, jednak nie jest to żaden zarzut bo bardzo lubię i cenię muzykę Sheryl.

Na zakończenie opowieści zatytułowanej „Brighten” Cantrell wybrał cover. I to nie byle jaki ponieważ sięgnął po utwór pochodzący z repertuaru Eltona Johna. Nie pierwszy raz Elton John w jakiś sposób występuje w działaniach Jerry’ego Cantrella w charakterze bohatera. Przecież to właśnie on zagrał na fortepianie w kompozycji z repertuaru Alice in Chains zatytułowanej „Black Gives Way to Blue” i w ten sposób niewątpliwie go wzbogacił. W przypadku „Goodbye” Cantrell dostał oficjalną zgodę na wykorzystanie utworu od jego pierwotnego wykonawcy, któremu bardzo spodobała się przesłana wersja demo.  

Jeśli ktoś (tak, jak ja), po pojawieniu się „Atone” podejrzewał, że Jerry wyda album zanurzony w smole to, według mnie, nieco się przeliczył. Czy to źle? Według mnie, nie. Ale zaskakująco, i do takiej wersji Cantrella trzeba się po prostu przyzwyczaić. Sądzę, że nie każdemu będzie odpowiadał klimat „Brighten”. Ja natomiast na pewno wrócę do tej płyty nie raz. Podoba mi się to, że w wokalu Jerry’ego pobrzmiewają echa jego poprzednich dokonań, ale także upływu czasu, że Jerry nie udaje młodzieniaszka i śpiewa o problemach z perspektywy dojrzałego człowieka. Ponadto, jak powiedział o „Brighten” jego twórca – album zmiksowany przez Joe Barresiego (tego samego, który zmiksował „Fear Inoculum” Toola) ma wiele wspólnego z muzyką lat 70-tych i spaghetti westernami, a jego vibe mocno nawiązuje do płyt wydanych w latach 60-tych.    

Kadr z teledysku do “Atone”

Swoim zwyczajem, przed wysłuchaniem „Brighten” nie czytałam żadnych recenzji płyty. Ale czytałam niektóre wywiady z Jerry’m. W jednym z nich muzyk powiedział, że styl pisania przez niego piosenek można porównać do konstrukcji filmów Quentina Tarantino, w których to wątki mieszają się aż, ostatecznie, prędzej czy później, znajdują wspólny mianownik. Co może zaskoczyć, Cantrell przyznał też, że pomysły na niektóre utwory z najnowszego krążka chodziły mu po głowie już wiele lat wcześniej. Na przykład „Atone” przeleżało w jego sercu około dwudziestu lat zanim kompozycja nabrała swojego finalnego kształtu. Bardzo podoba mi się inspiracja stojąca za tym utworem. A jest nią refleksja dotycząca przyjmowania przez wielu ludzi postawy polegającej na tym, że biorą na siebie więcej niż muszą ponieważ czują się winni będąc po prostu sobą. Sądzę więc, że tytułowe „odpokutowanie” dotyczy raczej, krzywdy, jaką wyrządzamy sobie sami niż tej, którą sprowadzamy na innych. Echa takiego stanowiska słyszymy także w „Nobody breaks you”, gdzie Jerry śpiewa: „Nobody breaks you like you in your heart.”. Nie sposób się nie zgodzić, ja także uważam, że jesteśmy dla siebie najsurowszymi krytykami, którzy czasem przez długie lata nie potrafią pozbyć się krzywdzących opinii na swój temat.

Najlepszym podsumowaniem muzyki Jerry’ego a więc również jego najmłodszego dziecka, jest wypowiedź pochodząca z wywiadu, którego muzyk udzielił Corbinowi Rieffowi dla magazynu „Spin” – „Myślę, że moja muzyka jest zmaganiem jasności z ciemnością i dowodem na konieczność istnienia obu.”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *