Wpisy

Soothe the burn

To ciekawe, że pojawienie się właściwie każdego z albumów Nirvany wzbudzało jakieś kontrowersje i to za każdym razem z innego powodu. Raz podejrzewano zespół o zaprzedanie swoich ideałów, zaś innym razem wróżono mu spektakularną klapę. Z wydaną 28 lat temu płytą „In Utero” nie było inaczej. Piszę o niej dziś (a nie 13 września, gdy odbyła się premiera płyty w Wielkiej Brytanii), ponieważ to właśnie na 21 września 1993 roku przypadła amerykańska premiera krążka.

Moment ukazania się trzeciego albumu Nirvany nie był dobrym czasem dla członków grupy, w której szeregach narastały wewnętrzne konflikty, wyczuwalne było napięcie a panowie nie potrafili się ze sobą dogadać. Na taki niekorzystny stan rzeczy wpływ miało z pewnością życie prywatne Kurta, który niedługo wcześniej został ojcem i w prasie prezentował się przede wszystkim w tej właśnie roli – jako mąż Courtney Love i tata małej Frances Bean. Drugim interesującym dziennikarzy wątkiem życia Kurta był jego nałóg narkotykowy. Cobain na przemian potwierdzał swoje uzależnienie i zapewniał, że ma go pod kontrolą. Państwo Cobainowie bardzo agresywnie zaangażowali się też w konflikt z autorkami nieautoryzowanej biografii Nirvany (która nie ukazała się zresztą do dziś), pokazywali się na okładkach przeróżnych pism, udzielali wylewnych wywiadów. Niemniej, pomimo znajdowania się w centrum całej tej medialnej burzy zespołowi udawało się na szczęście także rejestrować demówki, które później posłużyły jako baza do finalnych nagrań umieszczonych na trzeciej długogrającej płycie grupy.

Zespół podjął współpracę ze Stevem Albinim, który został zatrudniony w charakterze producenta nowego krążka. Kurtowi, Dave’owi i Kristowi imponowały jego wcześniejsze dokonania, Steve, podobnie do członków Nirvany nie lubił tzw. „grubych ryb show biznesu” i mógł pomóc odzyskać kapeli nieco alternatywnej wiarygodności. Poza tym, Albini słynął z tego, że preferował nagrywanie poszczególnych utworów w jednym podejściu, bez dubli czy dogrywania kolejnych partii wokalnych i instrumentalnych. Dzięki temu sesje nagraniowe zespołu były sprawne, szybkie i efektywne. Ostateczna wersja brzmiała więc niezwykle surowo, niemalże jak z początków istnienia Nirvany. Nie znalazło to niestety uznania w oczach ludzi z wytwórni, która wymusiła na zespole ponowne zmiksowanie i zmasterowanie materiału przez wyznaczonego do tego celu człowieka. Informacje o tych roszadach szybko dotarły do prasy i tym sposobem „In Utero” stało się najbardziej oczekiwaną płytą roku. Myślę, że było w tym tyle samo ekscytacji co nadziei na spektakularną wywrotkę Nirvany.

27 stycznia 1994 roku Nirvana w obiektywie Marka Seligera

Dużo czasu zajęło chłopakom ułożenie utworów na płycie we odpowiedniej kolejności. Początkowo, tracklistę otwierać miał „Rape Me” ale zbytnie podobieństwo głównego riffu tej kompozycji do riffu znanego ze „Smells Like Teen Spirit” przesunęło ją na dalszą pozycję. Zdecydowano więc, że to ironiczny i prześmiewczy „Serve the Servants” będzie starterem. Na pierwszy singiel wybrano natomiast niezwykłe „Heart-Shaped Box”, do którego nakręcono bodaj najbardziej filmowy teledysk w historii Nirvany. Co ciekawe, do jego stworzenia, zatrudniony przez zespół Anton Corbijn wykorzystał naprawdę wyjątkową technikę – zarejestrował obraz na taśmie kolorowej, przeniósł go na czarno-białą, aby następnie ręcznie pokolorować całość. Chodziło bowiem o uzyskanie efektu, jaki dawało zastosowanie technikoloru. Surrealistyczny obraz, moim zdaniem, także ujawnia nieco z tego, jaki klimat panował na tym etapie w szeregach grupy. W ujęciach członków zespołu Kurt pokazywany jest na pierwszym planie a Dave i Krist są niewyraźni i schowani w tle.

Niezwykle „anatomiczna” okładka albumu, jak można było przewidywać, także wzbudziła kontrowersje. Na tyle duże, że chcąc sprzedawać płytę w sieciach handlowych Nirvana musiała przystać na jej ocenzurowanie. I tak, z rewersu obwoluty zniknęły będące częścią kolażu ludzkie płody a w trackliście tytuł „Rape Me” zamieniono na „Waif Me”, co zaburzyło kompletnie jego znaczenie. Fotografia manekina wykorzystanego na awersie okładki płyty „In Utero” pozostała niezmieniona i nienaruszona. Doskonale komponuje się ona z tytułem płyty i z czasem uzyskała status ikonicznej. Sam manekin był też wykorzystywany jako element scenografii podczas koncertów promujących wydawnictwo, w tym słynnego „Live and Loud”, gdzie Kurt dokonał na nim dekapitacji przy użyciu gitary. Na pewno znacie też zdjęcia, na których widać Cobaina opierającego się o klatkę piersiową figury lub te, na których model anatomiczny stanowi tło dając wrażenie, że Kurtowi wyrosły anielskie skrzydła. Uwielbiam te fotografie, tak samo jak uwielbiam koncert „Live and Loud”. Być może wraz z pojawieniem się w składzie zespołu Pata Smeara zapanowała w nim atmosfera większego luzu i spokoju wewnętrznego, które, według mnie, czuć w tym występie. Pat dorzucił nieco spontanicznego szaleństwa do delikatnie skostniałej struktury grupy. Zresztą, koncert zakończył się typową dla Nirvany demolką a Cobain biegał po scenie klaszcząc razem z publicznością i zachęcał fanów do przyłączenia się.

Kadr z koncertu “Live and Loud” – fot. Jeff Kravitz

„In Utero” zwiastowało nieuniknione zmiany, jakie wkrótce mogły stać się udziałem Kurta, Krista, Dave’a i , wtedy już, Pata. Kolejną odsłoną kierunku tych zmian był zagrany w listopadzie 1993 roku koncert Unplugged. Zarejestrowany w jednym podejściu, cudowny, nieoczywisty i pełen zaskoczeń. Jeden z najlepszych w zaproponowanym przez MTV cyklu.

Promocja „In Utero” polegać miała oczywiście głównie na graniu koncertów, pojawianiu się w programach telewizyjnych oraz udziale w sesjach zdjęciowych. Nastrój i stan psychiczny Cobaina budziły już wtedy jednak wielkie obawy, nie tylko o przyszłość zespołu, ale też o zdrowie jego samego. Dominująca rolę w życiu Kurta znów przejęły narkotyki a narastająca frustracja widoczna była choćby na fotografiach, które powstały w tamtym czasie. Słynna, i jak się później okazało – ostatnia sesja fotograficzna z Kurtem bawiącym się pistoletem czy występ zespołu w programie „Tunnel” mogły wywołać przerażenie. Tym bardziej, że pobyt Nirvany w Europie zakończył incydent z Rzymu, który okazał się być nie, jak utrzymywano, przypadkowym przedawkowaniem narkotyków ale próbą samobójczą Cobaina. Kolejne wydarzenia, obszernie opisywane później w artykułach prasowych czy wydawanych na potęgę książkach nie pozostawiały złudzeń, że Kurt z pełną prędkością pędził wprost ku samounicestwieniu. W tym kontekście znamienny wydaje się być fakt, że początkowo artysta forsował pomysł zatytułowania albumu „In Utero” hasłem „I Hate Myself and I Want to Die”.

14 lutego 1994 roku, Paryż, fot. Youri Lenquette

Uważam „In Utero” za najdojrzalszy album Nirvany. Być może to frazes bo w końcu była to ich trzecia płyta (nie licząc kompilacji „Incesticide”) i należało się po niej spodziewać bycia przejawem muzycznego rozwoju grupy. Nie był on jednak wcale taką oczywistością, jak mogłoby się wydawać. Po hitowym „Nevermind” niełatwo było bowiem sprostać presji nagrania czegoś na jego modłę. A jednak Nirvana pokazała, że potrafi podejmować odważne, a nawet ryzykowne decyzje. „In Utero” udowodniło, że to wielki zespół i tym bardziej mi przykro, że nie miał szansy istnieć dalej.                     

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *