Wpisy

Nona is back

Lubię móc pewne rzeczy na spokojnie przetrawić, nie lubię też oceniać ich po pierwszym wrażeniu. Z doświadczenia wiem, że gdy refleksje okrzepną są bardziej konstruktywne. Dlatego dopiero dziś napiszę parę słów o koncercie “MoPOP Founders Award 2020”, który odbył się 1 grudnia i w tym roku poświęcony był zespołowi Alice in Chains.

W trakcie oglądania tego ponad dwugodzinnego, specyficznego w swej wymowie show nasunęły mi się 3 podstawowe wnioski. Stwierdziłam, że utwory Alice in Chains są trudne do zagrania, za to łatwo zagrać je źle oraz że są to kompozycje o wspaniałych liniach melodycznych (co wyeksponowały nieco odmienne aranżacje niektórych z nich). Ponadto, po raz kolejny zobaczyłam, że Seattle to miasto, które przywiązuje ogromną wagę do dbania o ludzi, którzy są jego reprezentantami, szczyci się tym, że jest kolebką grandżu i do tej pory identyfikuje się z  rewolucyjnym ruchem lat 90-tych. Museum of Pop Culture to zresztą najwłaściwszy przykład tego, jak pięknie opowiedzieć można o historii narodzin nowego gatunku muzyki. Dzięki koncertowi Founders Award mieliśmy szansę zajrzeć do tego niezwykle ciekawego miejsca i pozwiedzać je w towarzystwie członków Alice in Chains.

Jerry Cantrell pokazuje swoją gitarę będącą jednym z eksponatów w Museum of Pop Music fot. Adam Berner, The Seattle Times

Co do muzyki natomiast to, choć wydarzenie nie odbywało się na jednej scenie a poszczególne występy transmitowane były również z domów artystów zupełnie nie zaszkodziło to całemu przedsięwzięciu. Powiem więcej, koncert honorujący dokonania Alicji był przykładem tego, jak można dobrze zorganizować taki tribute, czego absolutnym przeciwieństwem był dla mnie często wspominany w tym kontekście koncert “I Am the Highway” poświęcony pamięci Chrisa Cornella.

Choć na tym pierwszym nie zabrakło również momentów wzruszeń to jednak było to podane między wierszami, bez ckliwości, za to z szacunkiem dla tych, którzy odeszli a byli przecież częścią historii.

Koncert bardzo podobał mi się jako spójna, dopracowana w każdym calu całość, z bogactwem archiwalnych nagrań i indywidualnymi aranżacjami pojedynczych kompozycji. Wisienką na torcie było pojawienie się Nony Weisbaum jako jednej z osób przesyłających gratulacje Jerry’emu i spółce  oraz relacje z wizyt Seana Kinney’a u rodzin Layne’a Staleya i Mike’a Starra. Jako bardzo wyważone i ujmujące postrzegam również przemówienie Susan Silver, wieloletniej menadżerki Alice in Chains. Susan skupiła się w nim nie na swoim wkładzie w odniesienie przez zespół sukcesu co na wyjątkowym brzmieniu ich muzyki oraz talencie jego członków do pisania nietuzinkowych utworów.

Występ Alice in Chains na gali “Founders Award”

Jeśli chodzi zaś o same występy, każdy z nich był na swój sposób wyjątkowy jednak dla mnie tymi najlepszymi były oba wykonania Marka Lanegana, Lilly Cornell Silver śpiewająca “Black Gives Way to Blue” i członkowie Soundgarden z Tadem Doyle, Mike’iem McCready’m i Meagan Grandall grający wspólnie “Angry Chair”. Bardzo dobre, w mojej ocenie, było “Man in the Box” z Coreyem Taylorem na wokalu oraz “Would?” w interpretacji Korn. Najmniej udanie wypadła przekombinowana Metallica oraz Billy Corgan, który zarżnął “Check My Brain” kompletnie letnim i pozbawionym tej charakterystycznej dzikości aranżem. “Down in a Hole”, “Again” czy “It Ain’t Like That” także nie powaliło mnie na kolana. Za to w konsternację wprawiło zupełnie odmienne od oryginału “Rain When I Die” zaprezentowane przez kompletnie nieznanego mi artystę ukrywającego się pod pseudonimem City and Colour. Dallas Green, bo tak brzmi prawdziwe nazwisko tego muzyka, zaśpiewał ten dołujący i wywołujący ciarki utwór miękko, żeby nie powiedzieć soulowo i delikatnie. Postawił na wyciszoną i intymną interpretację tekstu będącego czymś w rodzaju profetycznej przepowiedni. Do tej pory nie potrafię zdecydować czy jestem bardziej na tak, czy na nie, wiem za to, że obok takiego podania “Rain When I Die” nie można przejść obojętnie. Chyba lepiej zrobić coś po swojemu niż usilnie próbować naśladować niedościgniony oryginał.

Co ciekawe, Dallas Green supportował Alice in Chains podczas trasy promującej album “Rainier Fog” w Kanadzie, kilkakrotnie dołączył do zespołu na scenie, a także na swoich koncertach często coveruje inny ich kawałek – “Nutshell”. Dallas utrzymuje także, że to Jerry Cantrell sprawił, że ten zakochał się w graniu na gitarze. 

            Niewątpliwie, należy wspomnieć także o “Rooster”, utworze który na koncercie Founders Award zaśpiewany został przez Ann Wilson z grupy Heart. Mnie wykonanie to nie przypadło, co prawda specjalnie do gustu jednak doceniam fakt, iż mająca 70 lat Ann wypadła w nim wokalnie naprawdę świetnie. 

Wiem, że jeszcze nie raz wrócę do poszczególnych wykonań zaczerpniętych z tego grudniowego koncertu. “MoPOP Founders Award 2020” był dla mnie i dla tego roku momentem ożywienia, przebudzenia z pandemicznego snu i gdyby nie pojawiające się to tu, to tam maseczki na twarzach muzyków można by było w ogóle zapomnieć o tym, że to tak trudny dla wszystkich czas. Muzyka po raz kolejny udowodniła, że jest doskonałym lekarstwem na rozedrgane nerwy i zlęknione serce oraz pokazała ścieżkę wiodącą wprost do kolorowej, wyidealizowanej przez naszą pamięć przeszłości.

2 thoughts on “Nona is back”

  1. Nie przepadam za takimi wspominkowymi koncertami, bo często popadają w sentymentalizm. Do tego ranią uszy i uczucia fatalnie (to zawsze jest osobista opinia) wykonanymi ukochanymi utworami. Ten koncert jest jednym z wyjątków od tej reguły. Obejrzałam od początku do końca z przyjemnością, a czasem i z prawdziwym wzruszeniem. Świetnie zrobiony, znakomicie oddający atmosferę panującą między ludźmi z Seattle, z pięknymi wykonaniami. Czułam szczerość, szacunek dla AiC, radość z grania. Będzie często oglądane.

  2. Słuszna uwaga, o tym, że koncert oprócz naprawdę znakomitej realizacji oddaje też atmosferę panującą między muzykami. Miałam tę samą refleksję a jakoś nie ubrałam jej w słowa.I masz rację, była w tym jakaś szczerość, ale też luz, bez tej całej pompatycznej i zupełnie zbędnej martyrologii. Nawet w tych gorszych wykonaniach słychać jakiś pomysł i to, że artyści się przyłożyli do swojego zadania, nie było to zrobione na odwal się a wręcz odwrotnie. Poza tym, w większości zostali dobrze dobrani do utworów więc dali radę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *