Wpisy

Grunge is not dead, it’s still alive

Sobotni koncert Man in the Box, grandżowego tribute bandu który na okoliczność odbywania mini-trasy połączył swe siły z Piotrem Banachem i Kafi z projektu BAiKA to była prawdziwa wycieczka do przeszłości.

I to nie tylko pod względem muzycznym, ale też ze względu na klimat, jaki temu wydarzeniu towarzyszył. Luz, przyjacielska postawa muzyków, możliwość porozmawiania z nimi, przybicia piątki, zrobienia zdjęcia – wszystko to zmniejszało dystans a budowało wspólnotowość. Do tego mały klub, którego scena znajdowała się prawie na poziomie bawiącej się publiczności i naprawdę dobre nagłośnienie. Jednak najważniejszymi elementami, bez których bez wątpienia nic nie doszłoby do skutku były muzyczny talent, fizycznie wręcz wyczuwalna miłość do grunge’u i ewidentna nostalgia za czasami młodości niejednego z nas.

Panowie z Man in the Box

Jednym z odpowiedzialnych za całe sobotnie zamieszanie był wspomniany już wcześniej Piotr Banach – człowiek-legenda, założyciel zespołu Hey, który w początkach swojej działalności bardzo inspirował się grunge’m czyniąc w swojej twórczości częste odniesienia do tego gatunku muzycznego. A skoro było tak prawie trzydzieści lat temu to w sobotę nie mogło przecież zabraknąć utworów z debiutanckiej płyty Hey „Fire” oraz z jej następczyni, równie przebojowej „Ho!”. W trakcie koncertu Piotr Banach nawiązał zresztą właśnie do wątku przebojowości stwierdzając, że „Misie”, które w latach 90-tych szybowały wręcz na szczyty list przebojów, dziś nie miałyby najmniejszych szansy przebicia. Mówione wstawki pana Piotra dotyczące początków Hey, dla zbieracza ciekawostek, którym jestem, były wybitnie interesującymi anegdotkami, które ładnie wypełniały przestrzenie między kolejnymi utworami. Ale to wszystko dostaliśmy dopiero w drugiej części koncertu. W pierwszej zaprezentował się bowiem Man in the box, zespół założony przez kilku pasjonatów pamiętających czasy świetności grunge’u, którzy podczas swoich występów grają największe hymny Pokolenia X. I tym razem były więc „Rooster”, „Black Hole Sun”, „State of love and trust”, „Hunger Strike” a nawet „Plush” z repertuaru Stone Temple Pilots co uważam za bardzo miły ukłon w stronę tego zespołu, zupełnie niesłusznie traktowanego przez niektórych jak uboższy kuzyn Pearl Jam.

BAiKA wraz z Man in the Box

Co się chwali, panowie z Man in the Box nie próbują udawać muzyków, oni naprawdę są doskonałymi muzykami. Nikogo przy tym nie naśladują, choć widać wyraźnie, że czerpią inspiracje od najlepszych. Mnie wyjątkowo urzekł tandem perkusja-bas nadający całości odpowiedni, pulsujący rytm. Wokalnie Man in the Box również wypada imponująco. A w końcu to wyjątkowo niełatwe zadanie śpiewać utwory tak wybitnych wokalistów jak Chris Cornell, Eddie Vedder, Kurt Cobain i Layne Staley. Sama łapałam się na tym, że słysząc kolejne akordy wstrzymywałam oddech myśląc o tym czy wokalista poradzi sobie z udźwignięciem ciężaru gatunkowego. I muszę przyznać, że w większości przypadków wypadł, nomen omen, koncertowo. Za najsłabsze uważam wykonanie „Black” Pearl Jam, który zwieńczył wieczór, mam bowiem wrażenie, że zespół niepotrzebnie porwał się na takiego kolosa. Doskonale wypadły za to wszystkie kompozycje Alice in Chains, świetnym otwarciem był też „Plush”. Panowie utrzymali bez zarzutu zawrotne tempo „Breed” Nirvany i nie dali ciała grając „Alive” (w obu wspomagani byli przez gitarę Banacha i chórki Kafi). Każdy kolejny kawałek tylko bardziej rozgrzewał publiczność, która skandowała teksty i rozkręciła pod sceną regularny młyn.

Członkowie Man in the Box nie zakończyli jednak występu wyłącznie na zaprezentowaniu swojego setu ponieważ akompaniowali również Piotrowi Banachowi i Kafi w części poświęconej zespołowi Hey. A ta była dla mnie totalnym wzruszeniem, którego kulminację zdecydowanie stanowiły „Misie” zagrane „po staremu”, z właściwym temu utworowi narastaniem napięcia. Świetne „Zobaczysz” z tekstem Stachury, zaśpiewana na wpół a capella (wiadomo) „Zazdrość”, cudowne „Ja, sowa” i „Dreams”, jak również nieoczywiste wybory w postaci choćby „Schisophrenic Family” czy „Little Peace”. Może zabrzmi to dziwnie, ale szanuję brak „Mojej i twojej nadziei”, która mogłaby pozostawić wrażenie o tym, że ktoś chce odcinać kupony od popularności ewidentnego samograja.  

Z legendą Piotrem Banachem

Bohaterką dnia okazała się być dla mnie Kafi, którą na żywo widziałam po raz pierwszy. Charyzmatyczna, ale też niezwykle przystępna i piekielnie zdolna wokalistka mająca olbrzymi potencjał lecz kompletnie nie siląca się na bycie drugą Nosowską. Kafi zauroczyła mnie i porwała swoim sposobem bycia a pokoncertowa fotka z nią i sposobność wyrzucenia z siebie kilku naprędce skleconych przejawów zachwytu były jednym z najprzyjemniejszych momentów wieczoru.

Artystyczne rozmazanie – z Kafi

W sosnowieckim klubie Komin spędziłam naprawdę znakomity wieczór wypełniony muzyką zagraną na najwyższym poziomie i podaną tak, że chwilami czułam się, jakbym cofnęła się do czasów moich licealnych szaleństw, wspólnych imprezowych śpiewów z przyjaciółmi i dominacji flanelowych koszul nad tandetą plastiku.

Dodatkowy atut stanowił dla mnie zaś niewątpliwie fakt, że przed koncertem basista zespołu Man in the Box – Tomek porozmawiał ze mną chwilę na temat projektu, którego jest częścią, tego czym jest dla niego granie muzyki w tym składzie oraz swoich ulubionych artystów grandżowych. Już wkrótce zaproszę Was do przeczytania mojej rozmowy z Tomaszem a tymczasem dobrze radzę -jeśli tylko Man in the box zawita w Waszej okolicy czym prędzej kupujcie bilet, odkurzajcie martensy i wbijajcie pod samą scenę gdzie dzieją się same najciekawsze rzeczy.

Z Tomkiem z Man in the Box

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.