Wpisy

Don’t forget where your vibe comes from

Są takie koncerty, w trakcie których wypowiadam życzenie żeby się nigdy nie kończyły. Wczorajsza wizyta Editors w krakowskim klubie Studio należała dla mnie właśnie do takich momentów.

Kocham Editorsów miłością stosunkową świeżą bo zaledwie ośmioletnią ale niezwykle intensywną, a z pewnością wielką. Tegoroczny koncert w Krakowie był moi drugim spotkaniem z grupą, poprzednie zdarzyło się dokładnie miesiąc przed wybuchem pandemii więc wczorajszy wieczór spędzony w towarzystwie Toma Smitha i jego kolegów był dla mnie tym bardziej wyjątkowy.

Nie będę pewnie odosobniona w opinii o tym, że uważam tych (teraz już) sześciu chłopaków z Birmingham za absolutnie wybitny zespół koncertowy, wyjątkowo zgrany, profesjonalny do granic możliwości, kreatywny i widocznie dobrze bawiący się graniem muzyki. Nie przesadzę też jeśli napiszę, że Tom Smith jest, według mnie, jednym z najlepszych wokalistów na świecie, potrafi zaśpiewać wszystko, niezależnie od tego czy jego głosowi towarzyszy bogata oprawa muzyczna czy jedynie gitara akustyczna i trzy wygrywane na niej akordy. Nie wiem jak Wam ale mnie bardzo pasuje też jego ekspresja, te dzikie tańce i przyjmowanie akrobatycznych póz, interakcje z publicznością a szczególnie posyłanie fanom całusów. Tom to prawdziwe sceniczne zwierzę, artysta, który jest całkowicie obecny w danym momencie, skoncentrowany na wykonaniu, ale nie w sensie odtwórczym, bo akurat o ten grzech nie można go w żadnym stopniu posądzić.

Wczoraj Editors zdecydowali się zagrać aż dziewiętnaście utworów plus trzy na bis. Przewidywalnie, w setliście pojawiły się utwory pochodzące z najnowszej płyty grupy zatytułowanej „EBM” i reprezentantów tych było aż siedmiu, ale zespół zagrał też oczywiście swoje starsze hity. Były więc „The Racing Rats, „Blood”, „Bones”, czy „Smokers Outside the Hospital Door” z rozwalającym, biorąc pod uwagę tematykę tej kompozycji, fragmentem – „Someone turn me around, can I start this again?”. Dla mnie spełnieniem marzeń było pojawienie się „In This Light and on This Evening”, uwielbiam vibe tego utworu – mroczny, mocny, z powtarzanym jak mantra tekstem o tym, że słyszymy jak oddycha ziemia, skoczne „All Sparks”, wspaniale zaaranżowane „No Harm”, a przede wszystkim moja cicha nadzieja w postaci nieco przearanżowanego „All The Kings” i absolutna perełka akustyczna w wykonaniu Toma, czyli przyprawiający o ciarki „Nothing”. W ostatnim z wymienionych utworów najdobitniej usłyszeć można było pełnię możliwości wokalnych Smitha, który śpiewa z pozoru bez wysiłku i tak, jakby dobywał głos wprost ze swego serca.    

Bardzo cieszy to, że Editors po raz kolejny zagrali klubowy koncert, nic nie przebije dla mnie klimatu takowych, to naprawdę emocjonalne a nawet wręcz intymne przeżycie. Dodatkowy atut z pewnością stanowiła akustyka Studia, do której po prostu nie można się było przyczepić oraz oprawa świetlna koncertu, która zdecydowanie potęgowała doznania. Co ważne, Editors stosują naprawdę minimalistyczne rozwiązania, nie czuć w tym nadęcia i przerostu formy nad treścią. Poza tym, panowie wychodzą na scenę punktualnie, ubrani jak „zwykli” ludzie, z instrumentami, które pamiętają zapewne ich pierwsze dokonania. Są fantastycznie pozytywnie nastawieni, a Tom próbuje nawet mówić po polsku. Kiedyś przeczytałam, że zespół bardzo lubi grać w naszym kraju, nic w tym zresztą dziwnego, jesteśmy wspaniałą publicznością, która potrafi się pięknie odwdzięczyć za okazaną uwagę. Nie inaczej było i tym razem, fani wykrzykiwali chóralnie refreny kolejnych utworów, klaskali, skakali a po podstawowej części koncertu intensywnie wywoływali zespół na scenę. Wspólnie wyśpiewane „It kicks like a sleep twitch!” w finałowym „Papillon” zrobiło ogromne wrażenie, również na muzykach, którzy wylewnie dziękowali za ciepłe przyjęcie, kłaniali się i bili nam brawo.  

Trzeba przyznać, że ta nietypowa i pociągająca fuzja nowoczesnego, niemalże dyskotekowego brzmienia muzyki Editors z gitarami wypada wybitnie świeżo i w ogóle nie powoduje dyskomfortu czy zgrzytu. Panowie są dla mnie mistrzami modyfikowania swego muzycznego wizerunku i łączenia rzeczy z pozoru niemożliwych do połączenia. A ich dyskotekowość podbita jest mrokiem, bo w końcu nie bez przyczyny w „Vibe” słyszymy: „Don’t forget where your vibe comes from, oh, it’s coming from a cold, hard night”.     

Choć w Klubie Studio było naprawdę sporo ludzi Editors budują taką atmosferę, że ja czułam się tak, jakby grali wyłącznie dla mnie. To był idealny dzień i absolutnie wyjątkowy wieczór. Zgodnie z fragmentem tekstu „All the Kings”, moje serce wystukiwało samotnie rytm w ciemności nocy, ale wystukiwało go do konkretnego podkładu muzycznego w towarzystwie setek innych rezonujących z moim serc wystukujących dokładnie te same takty.   

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.