Wpisy

Pull your head on out your hippy haze and give a listen

Kilka dni temu, gdy pisałam o płycie „Pearl Jam” z tyłu głowy miałam jeszcze jedną rocznicę, która przypadała tamtego dnia. Dokładnie wtedy wydana została bowiem również czwarta płyta Tool zatytułowana „10 000 Days” a ja, jako wielbicielka twórczości tego amerykańskiego bandu nie mogę pozwolić sobie na pominięcie tego faktu milczeniem.

Z wydaniem każdego albumu Tool wiąże się historia i każdy stanowi muzyczne wydarzenie, na które fani grupy czekają z zapartym tchem. Jednak w momencie pojawienia się, „10 000 Days” podzieliło nieco to środowisko i nie wszyscy zachłysnęli się nowym materiałem w równym stopniu. Ja tak, ponieważ traktuję ten rozdział twórczości zespołu jak kolejny odcinek tej samej historii, naturalną kontynuację wątku rozpoczętego na „Undertow”. „10 000 Days” stanowi coś w rodzaju ostatecznego rozliczenia. Tytułowe 10 000 dni trwa ponoć pełen obieg orbitalny Saturna, a dla Keenana fakt ten wiąże się z ilością czasu, który potrzebny jest każdemu człowiekowi na dokonanie osobowościowej transformacji, stanie się dojrzałym. To również około 27 lat, czyli czas, który w życiu matki Maynarda upłynął od momentu jej zachorowania do momentu śmierci. Postać matki wokalisty odgrywa zresztą w jego twórczości, i nie tylko, niebagatelną rolę. Jej imieniem artysta nazwał także jeden z gatunków produkowanego przez siebie wina.

„10 000 Days” kojarzy mi się ze snem a może raczej halucynacją. Nie bez przyczyny, albowiem wszystko, co wiąże się z tą płytą, od jej specyficznej obwoluty z załączonymi okularami 3D, przez wykorzystane we wkładce prace Alexa Greya, po muzykę, w której sporo transowych brzmień, może wyprowadzić słuchacza daleko poza jego świadomość. A muzyka jest tu olśniewająca, bardziej wyciszona a mniej agresywna niż wcześniej i dająca słuchaczowi nieograniczone możliwości do zatracenia się.

Niewątpliwym opus magnum albumu jest dyptyk w postaci kompozycji „Wings For Marie Pt.1” i „10 000 Days Wings Pt.2” stanowiących siedemnastominutową opowieść, której bohaterką jest (znów) Judith Marie Keenan. To piękne i poruszające wyznanie synowskiej miłości, w którym bez trudu dostrzeżemy ukryty ogrom wielobarwnych uczuć – złości, smutku, bezsilności.

Mocne uderzenie dostajemy na początku, w „Vicarious” i „Jambi”, ale także w „The Pot” i najbardziej pokręconym utworze na płycie, czyli „Rosetta Stoned”, w którym Maynarad posługuje się czymś w rodzaju wolnego strumienia świadomości. Tytuł tego dzieła jest zabawną językową zbitką. Rosetta Stone (Kamień z Rosetty) to znany większości z nas zabytek starogreckiego piśmiennictwa. Dodanie do drugiego z wyrazów literki “d” czyni z niego natomiast określenie znaczące tyle, co polskie “nawalony, zrobiony, zjarany”. Tak więc w wolnym tłumaczeniu, tytuł utworu Tool można przetłumaczyć jako: Nawalona Rosetta. Raczej nie ma szans na zrozumienie jaki przekaz miał płynąć z tej kompozycji, podobno jest on odzwierciedleniem uczuć towarzyszących człowiekowi po zażyciu DMT – substancji obecnej w ayahuasca, psychodeliku zażywanym przez południowoamerykańskich szamanów. Legenda głosi, że narkotyk ten „pomagał” Alexowi Greyowi podczas tworzenia grafik ilustrujących „10 000 Days”.

fot. oneironaught.com

Czwarty album Tool  nie był brzmieniową rewolucją ani też nie zburzył ustalonego wcześniej porządku. Mam wrażenie, że po prostu poukładał te same klocki w nieco innej konfiguracji. Keenan był wtedy w doskonałej formie wokalnej i artystycznej, a płycie, wzorem jej poprzedniczek, przyświecał określony koncept. Jestem zdania, że kolejne albumy zespołu odnoszą się do następujących po sobie faz, przez które przechodzimy rozliczając się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości. „10 000 Days” dla mnie zamyka taki właśnie cykl.

Wydaje mi się (bo pewności nie można mieć do końca), że w tym roku nie spotkam się z Toolem podczas krakowskiego koncertu grupy. Ceny biletów sromotnie mnie pokonały i choć bardzo mi przykro wiem, że tym razem muszę podejść do sprawy rozsądnie. Wszystkim tym, którzy 21 maja zjawią się w Tauron Arenie życzę natomiast co najmniej takich samych zachwytów, jakie towarzyszyły mi w trakcie każdego z koncertów Tool, na których byłam. Nie będziecie żałować ani minuty tym bardziej, że setlista zapowiada się bardzo ciekawie.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.