Wpisy

Heavy shield down

Powoli opada kurz po wybuchu bomby, jakim niewątpliwie było pojawienie się nowego wydawnictwa grupy Tool, czyli dojrzewającej aż 13 lat płyty zatytułowanej „Fear Inoculum”.

W związku z tym, w miniony weekend, Internet zalała fala opinii, wyrażanych zarówno przez fanów, jak i krytyków, które starałam się omijać szerokim łukiem po to, aby nie poddać się sugestiom mogącym wpłynąć na mój własny osąd.

Mam świadomość, że żaden początek recenzji tak długo wyczekiwanej płyty nie będzie tym najwłaściwszym. Na jej szczegółową analizę także przyjdzie czas. Teraz moje refleksje opierać się będą li tylko na emocjach, odczuciach i spontanicznych reakcjach. Nie będę ukrywać, że bardzo czekałam na nowy album Tool, a gdy data jego wydania nabrała realnych kształtów – moja niecierpliwość sięgnęła zenitu. Jeśli idzie o konkret – ze wszech miar, warto było czekać.

Okazało się, że fani którzy pojawili się na wiosenno-letnich występach Tool mieli okazję poznać w ich koncertowych odsłonach aż trzy z siedmiu premierowych utworów grupy. Niedawno zaś zespół zaprezentował światu oficjalny singiel promujący „Fear Inoculum”, czyli otwierający płytę utwór tytułowy. Malkontenci już na etapie ujawniania przez Maynarda i spółkę kolejnych świeżynek kręcili nosami i wydawali jednoznacznie negatywne werdykty. Mnie do takiej postawy było i jest daleko. Oczywiście, będąc obiektywną, nie zachwycają mnie zagrania marketingowe towarzyszące wydaniu pierwszej od tak wielu lat płyty, czy też nadmierna nonszalancja członków Tool, jaką przejawiają oni w stosunku do miłośników ich twórczości. Wszystko to jednak tylko otoczka nie umniejszająca niewątpliwej wartości nowego dzieła zespołu. Bo, jest ono zdecydowanie dziełem zespołowym.  

Pierwsze dźwięki „Fear Inoculum” nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że wkraczamy w dobrze znane nam progi (sic!), a sam zespół chętnie nawiązuje do swoich poprzednich dokonań. Najlepiej słychać to, moim zdaniem, w utworze „Pneuma”, którego wstęp przywodzi na myśl początek „Right in Two”, a ciąg dalszy jest ukłonem w stronę „Lateralusa”.        

Wszystko na „Fear Inoculum” oparte jest na wspaniałej, głębokiej linii basu Justina Chancellora, która tworzy namacalną wręcz przestrzeń wokół ściany dźwięków stawianej przez mocarną gitarę Adama Jonesa. Perkusja wyczynia tu istne cuda, delikatniejszy i niejako schowany w cieniu pozostaje natomiast wokal Maynarda. W jego śpiewie nie trudno doszukać się podobieństw do stylistycznych zabiegów stosowanych przez wokalistę w innych jego projektach – A Perfect Circle oraz Puscifer. Ja akurat traktuję to jako wartość dodaną, i uznaję za naturalną konsekwencję, czy też kontynuację drogi obranej przez Keenana na „10 000 Days”. Tu jego głos staje się jeszcze bardziej melancholijny, przesiąknięty smutkiem, za to mniej agresywny i wściekły. Gniew pobrzmiewa w zasadzie chyba jedynie w zamykającym album „7empest”, w którym dają się słyszeć również echa „The Pot”. Doskonałe i klimatyczne „Culling Voices” skonstruowane jest za to nieco na modłę „Wings For Marie”, gdzie w podobny sposób narasta napięcie a wokal Maynarda delikatnie płynie a momentami urzekająco, choć niepokojąco szepcze.

Zaskoczeniem dla słuchacza może być tripowy „Choclate Chip Trip”, czyli krótka i hipnotyczna wariacja na instrumenty perkusyjne. Interludia pojawiające się na rozszerzonej (czyli na razie jedynej dostępnej) wersji płyty mają podobny klimat i spełniają swoją rolę wprowadzając do kolejnych rozbudowanych, warstwowych kompozycji, z których każda (poza wspomnianym „CC Trip”) liczy sobie przynajmniej 10 minut.

Jak na razie, nieodgadnione pozostają dla mnie teksty Maynarda. Z przyczyn obiektywnych nie miałam możliwości się w nie należycie wczytać, aby dostrzec ich wspólny mianownik. A z doświadczenia wiem, że z pewnością takowy istnieje. Sądzę jednak, że, tak słowa, jak i muzyka z „Fear Inoculum”, podobnie do ukochanego przez Keenana wina, ujawniać będą dla mnie swe tajemnice stopniowo.

Im dłużej słucham albumu „Fear Inoculum”, tym więcej odkrywam na nim smaczków, niuansów. To płyta wycyzelowana pod każdym względem, doskonale zagrana i zaśpiewana, poddana świetnemu masteringowi. To wreszcie płyta majestatyczna, instrumentalna, nie taka, której fragmenty nuci się pod prysznicem, ale taka, która wbija w fotel, wdziera się do zakamarków umysłu, wraca rykoszetem i pozostawia w sercu niepokój. Skomasowanie dźwięków, powtarzalność muzycznych motywów, trans, dla niektórych słuchaczy stanowiące zarzut, dla mnie są znakiem rozpoznawczym albumu i jedynie dodają mu wyjątkowości. To wszystko, w mojej opinii, świadczy o wielkości tej wieloznacznej płyty o niejednoznacznym tytule. I nie mam potrzeby umiejscawiać jej w żadnym szerszym kontekście, dokonywać porównań i klasyfikować. Po co? Czyż nie lepiej po prostu cieszyć się i upajać pięknem dźwięków? W końcu Tool już od wielu lat sam dla siebie stanowi gatunek, na co najnowsze w dyskografii grupy dzieło zdaje się być jasnym potwierdzeniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *