Wpisy

Orbitalny obieg Saturna

Początek maja trzynaście lat temu był momentem, gdy na rynku ukazał się czwarty, i ostatni, jak do tej pory, album w dyskografii Tool o, jak na ten zespół przystało, zagadkowym tytule „10 000 Days”. Podobnie jak w przypadku poprzednich płyt, tak i tym razem do pojawienia się nowego materiału zespół dorobił stosowną otoczkę. Legenda głosi, iż tytułowe dziesięć tysięcy dni (czyli ok. 27 lat) to czas, który w życiu matki Maynarda upłynął od momentu jej zachorowania do momentu śmierci.

Inna, bardziej astrofizyczna teoria mówi natomiast o tym, że pełen obieg orbitalny Saturna trwa właśnie nieco ponad 10 000 dni, a dla Keenana fakt ten wiąże się ponoć z ilością czasu, który potrzebny jest każdemu człowiekowi na dokonanie osobowościowej transformacji. W stwierdzeniu tym znaleźć można pewne punkty styczne z twórczością Tool. Jestem zdania, że kolejne albumy tego zespołu odnoszą się do następujących po sobie faz, przez które przechodzimy rozliczając się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości. „10 000 Days” zamyka takie właśnie cykl.

W mojej ocenie, album przypomina sen, a może raczej halucynację. Wszystko, co się z nim wiąże, od nietypowej obwoluty, której element stanowią okulary 3D, przez prace Alexa Greya, które zostały wykorzystane we wkładce, po muzykę, w której sporo transowych brzmień, wyprowadza słuchacza daleko poza jego świadomość. Nie bez przyczyny zapewne, autor grafik będących ilustracją dla „10 000 Days” twierdził, że stworzył je będąc pod wpływem psychodeliku zażywanego przez południowoamerykańskich szamanów, zwanego ayahuasca. 

Muzycznie album skonstruowany jest podobnie do swoich poprzedników, przy czym mniej tu jednak agresji, a więcej wyciszenia. Nie znaczy to jednak, że muzyka staje się nijaka czy pozbawiona energii. Różnorakie smaczki i wyjątkowe rozwiązania olśniewają nas tu bowiem niemalże na każdym kroku.

W warstwie lirycznej, będący w doskonałej formie twórczej Maynard, wychodzi poza opis jedynie własnych przeżyć („Vicarious”, „The Pot”), a nawet, jak w „Rosetta Stoned” posługuje się czymś na kształt wolnego strumienia świadomości. Tytuł tego nietypowego utworu rozpoczynającego się już tak naprawdę w poprzedzającym go „Lost Keys (Blame Hofmann)” jest zabawną zbitką wyrażeń. Rosetta Stone (Kamień z Rosetty) to znany większości z nas zabytek starogreckiego piśmiennictwa. Dodanie do drugiego z wyrazów literki „d” czyni z niego określenie znaczące tyle, co polskie „nawalony, zrobiony, zjarany”. Tak więc w wolnym tłumaczeniu, tytuł utworu Tool można zrozumieć jako: Nawalona Rosetta. Nie próbujcie nawet rozkładać na czynniki pierwsze całości tekstu do „Rosetta Stoned”. Podobno jest on odzwierciedleniem uczuć towarzyszących człowiekowi po zażyciu DMT – substancji obecnej we wspomnianym wcześniej ayahuasca. Konia z rzędem dla tego, komu uda się rozszyfrować zawarty w utworze przekaz.  

Niewątpliwym opus magnum albumu „10 000 Days” jest zestaw w postaci dwóch kompozycji – „Wings For Marie Pt.1” oraz „10 000 Days Wings Pt.2” stanowiących siedemnastominutową opowieść, której bohaterką jest matka Maynarda – Judith Marie. To piękne i poruszające wyznanie synowskiej miłości, w którym bez trudu dostrzeżemy ukryty ogrom uczuć – złości, smutku,  bezsilności. Dla mnie utwór ten jest kontynuacją wątku rozpoczętego w pochodzącym z „Ænimy” utworze „Jimmy”.

W ogóle cała płyta, która, jak na razie, zamyka dyskografię Tool to swego rodzaju zwieńczenie w rodzaju odcinka serialu, który kończy serię. Według mnie, kolejny album grupy, a mam nadzieję, że doczekamy się go jeszcze tej wiosny, może być zwrotem w nieco inną stronę. Co nie oznacza zapewne zmiany diametralnej. Podobnie zresztą jak miało to miejsce w przypadku wydanego w zeszłym roku, po 14 latach przerwy albumu „Eat The Elephant” A Perfect Circle. Nie zburzył on wcześniej postawionych przez zespół fundamentów, ale różnił się jednak od poprzednich jego dokonań.

              Ja, tak, jak pokaźna rzesza fanów Tool, niecierpliwie wyczekuję krakowskiego koncertu Maynarda i spółki. Choć Tool to nie Pearl Jam i w przeciwieństwie do tego drugiego gra przewidywalną setlistę, to jednak z doświadczenia wiem, że występy Tool są naprawdę niezapomnianym przeżyciem. Moje pierwsze spotkanie z zespołem grającym na żywo rozpoczęło się od utworu „Rosetta Stoned”. Już 5 maja, w dniu, gdy rozpoczyna się trasa koncertowa przekonam się jakie otwarcie czeka mnie tym razem.  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *