Wpisy

I ja, czyli Pearl Jam i sprawa polska.

Choć od krakowskiego koncertu Pearl Jam minął prawie tydzień ja nadal myślami wracam do tego, co miałam okazję przeżyć 3 lipca w Tauron Arenie. Emocje były dla mnie wtedy tak silne, że od rana do nocy czułam się jakbym uczestniczyła w wycieczce rollercoasterem. Cały dzień spędzony w Krakowie jawi mi się jak sen, nierealne marzenie, o którym się myśli, ale na którego spełnienie za bardzo się nie liczy. Przez ten czas nie odczuwałam zmęczenia ani głodu, taki stan dopadł mnie dopiero w drodze powrotnej do domu, gdy powoli opadał poziom podniesionej do granic wytrzymałości adrenaliny.

Muzyka Pearl Jam to soundtrack mojego życia, 20 lat niegasnącej miłości i fascynacji. Oczywiście, nie każdą płytę czy utwór nagrany przez zespół darzę tak samo silnym uwielbieniem, ale Pearl Jam to dla mnie kwintesencja tego, co w muzyce najlepsze. Skoro przez tyle lat nie zmieniłam zdania to musi być w tych dźwiękach coś magicznego i przyciągającego. Krakowski koncert tylko utwierdził mnie w moich przekonaniach. Co więcej, zupełnie nie czuję się – jak niektórzy fani – zgorszona politycznymi wtrętami Eddiego Veddera oraz jego deklaracjami poparcia dla polskich kobiet. Jako kobieta i Polka czuję dumę, że są wokół mnie, a nawet daleko ode mnie ludzie myślący podobnie jak ja, rozsądnie i bez fanatyzmu. Jedynie rozpościeranie przez artystę flagi z napisem „Fuck Trump” było moim zdaniem niepotrzebne, bo podane zbyt wprost i w dodatku przy użyciu języka nienawiści. To za niski poziom dla mogącego uciec się do innego rodzaju argumentacji Eddiego. Ale, choć odniesienia polityczno-społeczne są dla członków Pearl Jam ważne to najważniejsza wtorkowego wieczoru była muzyka. To ona, oprócz swego niewątpliwego piękna zbudowała w fanach poczucie wspólnoty.

 

 

Każdy z Was miał już pewnie okazję przestudiować krakowską setlistę i każdy dziękuje bogu za inną jej część. Zapewne też większość z nas dodałaby do tego zestawu swoje ulubione utwory, albo takie, których nigdy na żywo nie miała okazji usłyszeć. Ja także. Mnie zabrakło chociażby „Black” , „Jeremy” i „State of Love and Trust”, ale liczyłam również na „Crazy Mary”, „Pendulum”, „Release”, „Rearviewmirror”, „Corduroy”, by wymienić tylko kilka. Nie zmienia to faktu, że jestem szczęśliwa, usatysfakcjonowana a muzyka z wtorkowego wieczoru do tej pory wypełnia moją głowę. Uważam, że zespół utrzymuje świetną formę, a Eddie wokalnie jest bez zarzutu. Podoba mi się jego nawiązywanie kontaktu z publicznością i fajna jest świadomość tego, że podczas występu panowie zwracają uwagę na fanów, obserwują ich. Dowodem na to jest choćby akcja z małą Matyldą, która wraz ze swym tatą  miała możliwość oglądania koncertu na backstage’u czy zaproszenie jednego z wypatrzonych w tłumie fanów do wspólnego odegrania „Yellow Ledbetter”. Nie mówiąc już o schodzeniu Eddiego ze sceny i pojeniu winem ludzi stojących w pierwszych rzędach. Szkoda, że Eddie z trunkiem nie dotarł w moje rejony ale okazja do bliskich spotkań była gdy trwały poszukiwania osoby do obdarowania tamburynem.

 

Pearl Jam to zespół, który poważnie traktuje wykonywaną przez siebie pracę, nie ma tu mowy o ignorancji wobec fanów, zwykłym odśpiewaniu największych hitów czy zejściu ze sceny po półtoragodzinnym, rzemieślniczym występie. Idąc na koncert tej grupy należy nastawić się na przynajmniej 2,5 godziny grania i przynajmniej jeden, długi bis. W Krakowie bisy były dwa więc w sumie panowie grali prawie 3 godziny. Widać, że oni sami z występowania czerpią niewątpliwą radość i energię, za sceną przez cały koncert podrygiwały także żona i córki Eddiego, które również filmowały rozentuzjazmowany tłum i robiły nam zdjęcia. Polska publiczność znana jest ze swojej wyjątkowości – to żywiołowy, rozśpiewany i roztańczony organizm. Tym razem także nie zawiedliśmy. Wśród fanów powiewały flagi i transparenty przygotowane specjalnie na te okazję, a Eddie wspomniał nawet o pamiętnych koncertach Pearl Jam z Katowic z 2000 roku. Polskie akcenty pojawiały się również w wypowiedziach wokalisty, było ich co prawda mniej niż podczas chorzowskiego występu z 2007 roku, ale do historii zapewne przejdzie przedstawianie składu zespołu dokonane na poły w języku polskim z rozbrajającym, odnoszącym się do samego Veddera „i ja” na końcu.

Wielokrotnie podczas koncertu miałam ściśnięte gardło i mokre oczy. Tak bardzo czekałam na „Present Tense”, „I Am Mine” i „Garden” i dostałam je wszystkie! Nawiązką były dla mnie z pewnością „Comfortably Numb”, „Footsteps” i finałowe „Yellow Ledbetter”, które dosłownie powaliły mnie na kolana. Szaleństwo zaliczyłam na „Even Flow”, „Why Go”, „Porch” (z niestandardowym rozpoczęciem), czy „Alive”. No i „Lightning Bolt”, które zapewne większość zgromadzonych w Tauron Arenie kobiet, niezależnie od swych poglądów politycznych odniosła do siebie, swej siły, bojowości i mocy. Cieszyłam się także z „Fuckin’ Up”, bo bardzo lubię ten cover ale chyba jednak wolałabym usłyszeć „Black” zamiast „Whipping”.

Cały występ był dla mnie doskonały, emocjonalny i mocny. Wierzę w słowa Eddiego, że wrócą z Pearl Jam do Europy już za rok. Może wtedy, wzorem innych fanów będę miała możliwość pojechać nie tylko na jeden, lecz na kilka koncertów. Wiem, że warto, bo Pearl Jam to najlepsza liga światowego rockowego grania, a przy tym mój ukochany zespół, który – choć może zabrzmieć to banalnie – niejednokrotnie pomógł mi w życiu i pisał jego historię na przestrzeni ostatnich 20 lat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *