Wpisy

Świątynia

Czy usłyszelibyśmy o Temple of The Dog gdyby nie śmierć Andy’ego Wooda? A jeśli tak, to czy muzyka zespołu brzmiałaby wtedy tak samo? Czy jednak nie została ona w pewnym sensie naznaczona tym przedwczesnym odejściem?

Dziś mija dwadzieścia siedem lat od wydania, w mojej opinii jednego z większych dzieł muzyki rockowej, eponimicznej płyty Temple of The Dog. To album, który w ogóle odegrał istotną rolę w historii grunge’u.  Po pierwsze był hołdem dla zmarłego przyjaciela, a po drugie jego tworzenie dało początek innej pięknej przyjaźni – tej pomiędzy Chrisem Cornellem a Eddiem Vedderem. Czas nagrywania albumu był także początkiem narodzin grupy Pearl Jam. To właśnie na płycie „Temple of The Dog” śpiew Eddiego Veddera został po raz pierwszy w historii nagrany na taśmę a więc jest pionierskim zapisem jego wokalnych możliwości.

Nie wszystkie utwory zamieszczone na płycie są co prawda bezpośrednią korespondencją z historią życia Adrew Wooda, któremu poświęcony jest album ale wszystkie one mają przede wszystkim na celu upamiętnienie jego osoby. Dlatego też supergrupa za swą nazwę przyjęła wyrażenie zaczerpnięte z utworu Mother Love Bone „Man of Golden Words” oraz ostatecznie zarzuciła pomysł nagrywania coverów Mother Love Bone uznając, że zostanie to odczytane przez fanów i rodzinę muzyka jako żerowanie na tragedii.

Temple of The Dog w momencie powstania grupy

Pomysłodawca nagrania albumu „Temple of The Dog” – Chris Cornell oraz Andrew Wood byli przez pewien czas współlokatorami, mieli podobną wizję dotyczącą tworzenia muzyki, znajdowali wspólny język i łączyła ich prawdziwa męska przyjaźń. Dość powiedzieć, że rodzina Andrew nie zdecydowała o odłączeniu go od aparatury podtrzymującej funkcje życiowe dopóki przy przyjacielu nie pojawił się Chris. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, przypadek sprawił, że artyści w ogóle na siebie trafili.  Andrew – najpierw frontman Malfunkshun a wkrótce główny filar Mother Love Bone był muzykiem, którego można porównać do przysłowiowego malowanego ptaka. Żył balansując na krawędzi, nie przejmując zarzutami o tym, że jego twórczość jest postrzegana jako za mało grunge’owa jak na standardy Seattle. Sposób bycia Andrew oraz jego muzyczny styl odcisnęły piętno na innych artystach pomimo tego, że jedyna płyta Mother Love Bone pt: „Apple” doczekała się swej premiery dopiero po śmierci Wooda. Została jednak oceniona jako taka, która zapewniłaby Andrew miejsce w panteonie najlepszych muzyków grunge’owych.

Chris Cornell i Andy Wood

Wielu artystów w swej twórczość nawiązywało do osoby Andrew Wooda. Wspomnienie o nim pojawia się choćby w „Pearl Jam Twenty”, album zespołu Candlebox pt: „Candlebox” został mu w całości zadedykowany, a Alice in Chains nagrali „Would?” z myślą o Andy’m. Jednak tym najbardziej wyjątkowym hołdem dla tego wyjątkowego artysty nadal pozostaje płyta „Temple of The Dog”.  Muzycznie i lirycznie to majstersztyk, tam nie ma słabego utworu. Słychać tu oczywiście wpływy hard rocka, ale również bluesa, a nawet soulu. Chris Cornell prezentuje swoje topowe możliwości wokalne, a w grze Mike’a McCready’ego słychać już wyraźne nuty późniejszych charakterystycznych dla niego brzmień. I do tego Eddie Vedder w chórkach oraz wykorzystanie ciekawego instrumentarium (banjo, pianino, organy). Pomysłowo i soczyście. Słychać też, że członków grupy napędzały silne emocje a dla mnie to właśnie jest w muzyce najbardziej wiarygodne i niewymuszone. Na albumie „Temple of The Dog” wszystko płynie niesione uczuciami. Jeśli jakimś cudem jeszcze nie znacie płyty, która obchodzi dziś dwudzieste siódme urodziny to koniecznie nadróbcie tę zaległość. Przepadniecie, to mogę Wam zagwarantować.

Temple of The Dog na współczesnej fotografii fot. Paul Lorkowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *