Wpisy

#vinylove

W weekend odkopałam moje muzyczne zbiory z lat 90-tych, które, jak się okazało w większości przechowywała moja mama. Coś mnie podkusiło, żeby o nie kiedyś zapytać, a potem poszło już siłą rozpędu. Tym sposobem w piątek przyjechałam do domu z naręczem płyt winylowych oraz pudłem kaset magnetofonowych – tych oryginalnych oraz tych przegrywanych. Przeglądałam tę kolekcję wycierając zakurzone egzemplarze i w mojej głowie zrodziła się refleksja – już wtedy, gdy byłam nastolatką słuchałam naprawdę dużej ilości muzyki. Faktycznie, muzyka towarzyszyła mi zawsze i wszędzie, stale nosiłam przy sobie walkmana oraz kilka kaset, a w domu miałam sprzęt odtwarzający  analogi. Długo by wymieniać artystów, których albumy maglowałam wtedy w swoim odtwarzaczu. Na dowód zostawiam Wam zresztą zdjęcie części zgromadzonych przeze mnie kaset, ale podaruję sobie te przegrywane (byłoby ich przynajmniej drugie tyle). Wkrótce, z pewnością pojawi się tu również co nieco na temat rzeczy, które dla mnie samej były w moim kartonowym pudle zaskoczeniem. Jednak te 20 lat zatarło w mojej pamięci niektóre fakty, a teraz odkurzając moje zbiory z rozrzewnieniem spoglądałam na wypisywane ręcznie okładki kaset, kserowane wkładki i moje ukochane albumy.

Najbardziej podczas mojej sentymentalnej podróży zadziwiło mnie to, skąd ja u licha brałam niektóre tytuły? W tamtych czasach niekoniecznie oczywistym było posiadać bootlegi, niepublikowane wcześniej nagrania, albumy nieznanych w Polsce zespołów, czy niecodzienne ścieżki dźwiękowe. Tak się jednak składa, że po pierwsze miałam bardzo dobrego i przedsiębiorczego kolegę, który pomagał mi zdobywać różne perełki, a po drugie jeździłam do dobrze zaopatrzonego sklepu muzycznego, w którym można było zdobyć rarytasy. Sądzę zatem, choć już tego nie jestem w stanie ustalić na pewno, że takie właśnie były źródła zasilania moich zbiorów.

Moja kolekcja kaset, w której znajdzie się również co nieco poza grunge’em

Z rozbawieniem wspominam długie godziny spędzane na zabieganiu o to, aby mając do dyspozycji oryginalną kasetę wszystko odpowiednio sobie przegrać na czystą, zmieścić i ekonomicznie wykorzystać przy tym miejsce. Żal było zostawiać niezapełnioną nagraniami taśmę, dlatego też moje składanki są czasem delikatnie mówiąc kontrowersyjne. Pink Floyd sąsiaduje z Kultem a Pearl Jam z Hey, na przykład.

Z winylami sprawa ma się nieco inaczej. Nie są to bowiem do końca moje własne zbiory, a kolekcja moich rodziców. Jednak ów zbiór znalazł się w moim posiadaniu ponieważ mam do niego ogromny sentyment. To płyty, na których się wychowałam, które „dojrzewały” razem ze mną, i na które patrzę teraz z zupełnie innej perspektywy. W słuchaniu muzyki przez nastolatka jest jednak sporo naiwności, nieopierzenia, lecz również świeżości w spojrzeniu na muzykę. Wtedy niemalże wszystko, co trafiało w mój gust przyjmowałam z zachwytem, teraz tych zachwytów przeżywam nieco mniej. Im człowiek starszy, z tym większym krytycyzmem podchodzi do otaczającego go świata.

Te odgrzebane analogi również wprowadziły mnie w niecodzienny nastrój. Oglądałam ich koperty (niektóre płyty je miały, inne były pakowane w foliowy worek), czytałam rosyjskie wersje tytułów płyt i nazw zespołów. Przypomniało mi to momenty, w których robiłam to samo jako dziecko, a potem nastolatka. To była jedna z moich ulubionych aktywności – oglądanie tego wszystkiego w lewo i prawo, kładzenie płyt na talerz odtwarzacza i puszczanie igły w ruch. Moje prywatne spin the black circle.

Wiem, że muszę w końcu zainwestować w sprzęt do odtwarzania zarówno kaset magnetofonowych, jak i płyt analogowych. Wiem także, że gdy już będę go miała i będę mogła przewinąć kasetę lub ustawić igłę gramofonu w odpowiednim miejscu na winylu wywoła to u mnie autentyczne wzruszenie. Fajnie mieć marzenia, i równie fajnie jest mieć wspomnienia, do których wraca się z chęcią i nostalgią. A czasem zdarza się, że to pierwsze jest po trosze również tym drugim.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *